Marek Chwistek
Kamienna kronika
"Anno 1945, wędrówka ludów. Ostatni pogrzeb na Campo
Santo. Ostatni transport expatriantów z Fraustadt przekracza
Odrę, pierwszy transport expatriantów z Oszmiany na stacji
Wschowa". Zwięzły, beznamiętny napis. Tak kończy się
rozpoczęta w 1381 r. anonimowa kronika miasta dwojga imion
Fraustadt - Wschowa, nosząca dziwny tytuł: " Das Tagebuch
v. Spchatavtza Oblatku Frau. AD 1381" ("Dziennik
Wschowskiego Sprzedawcy Opłatków"). Lakoniczność tej
krótkiej, jak epitafium notatki wydaje się być miara poczucia
beznadziejności i rezygnacji w obliczu dziejowej katastrofy.
Pisząc o ostatnim pochówku, ostatni autor "Das
Tagebuch" wyraził w symboliczny sposób przekonanie o
jednoczesnym pogrzebie miasta, swojego miasta. Dla niego kończy
się historia Fraustadt, zaczyna się historia Wschowy, może
więc złamać swe kronikarskie pióro i uznać "Das
Tagebuch" za dzieło skończone.
Cmentarz - cień miasta, miasto cieni - zaludnione przez inne
byty, których utajony żywot jest związany ze światem żywych
nicią wspólnego losu i odpowiedzialności za świat, będący
ich wspólnym udziałem i dziełem zarazem. To głęboko
zakorzenione, prastare przekonanie o trwaniu życia mimo
śmierci, o wiecznej jedności ducha z materią, było i jest
podstawą miłości i przywiązania do określonego miejsca, do
małej ojczyzny - tego skrawka ziemi, na którym spoczywają
prochy ojców.
Z chwila śmierci miasta umierają jego cmentarze. Ta prawda
znalazła swe dramatyczne potwierdzenie we Wschowie, w mieście
cmentarzy, jak je kiedyś nazywano. W swych długich dziejach -
zagmatwanych i pełnych zawirowań, Wschowa doświadczyła wielu
nieszczęść: liczne pożary, powtarzające się zarazy,
spustoszenia wojenne, plagi nieurodzaju i głodu, zapaści
gospodarcze. Ale wszystko to nie da się porównać z gwałtownym
załamaniem historii miasta, jakie nastąpiło z końcem II wojny
światowej.
Miasta nie tworzy jedynie materialna substancja - domy, ulice,
budynki publiczne. Jest ono przede wszystkim żywym organizmem
społecznym, ukształtowanym w długim procesie historycznym.
Każda społeczność miejska posiada specyficzna świadomość,
w której sumują się doświadczenia i wiedza minionych
pokoleń. Przeszłość nie tylko uzewnętrznia się w zabytkach
materialnych miasta; dostrzec ją można również w mentalności
jego mieszkańców. Przejawia się w ich sposobie bycia,
wyglądzie, języku, obyczaju. Złożona struktura
międzyludzkich relacji nieformalnych i instytucjonalnych to
również produkt historycznych ewolucji. Historyczno - kulturowa
przestrzeń nie tylko otacza członków miejskiej wspólnoty, ale
ich też wypełnia. W momencie, gdy żywa materia miasta ulega
unicestwieniu, ginie ono i niszczeje, choćby jego zabudowa nie
poniosła żadnego uszczerbku. Pozostaje martwy szkielet mogący
służyć jedynie jako przedmiot historyczno - kulturowych
eksplikacji; wszelkie próby jego reanimacji są zwyczajnie
niemożliwe. Opustoszałe miasto można rzecz jasna zaludnić,
odpowiednio przy tym adaptując bogactwo semantyczne martwej
substancji, jednakże nowopowstały organizm miejski, choćby
nosił tę samą nazwę i funkcjonował w tej samej przestrzeni ,
posiadał będzie zupełnie inną duszę.
Kiedy znikną mieszkańcy, miasto bezpowrotnie umiera, może do
niego wrócić życie, ale nie może się ono odrodzić; jest to
nowe życie i nowe miasto. Sztafeta się skończyła, pochodnia
zgasła. Martwy szkielet obrasta nową, żywą tkanką. Powstaje
nowa społeczność, tworzy się nowe miasto. Jednakże ten
proces odbywa się w zastanych ramach. Historyczne formy
kulturowe zawarte w zabytkowej strukturze oddziaływują i
wymuszają zasymilowanie przeszłości. Dzieje przedstawione w
źródłach pisanych łatwiej zafałszować, przystosowując je
do potrzeb bieżącej chwili. Prawda historyczna zawarta w
układzie urbanistycznym, budowlach, dziełach plastycznych
trudniej poddaje się manipulacji. Te świadectwa są znacznie
trwalsze, choć trudniejsze do odczytania, to jednak są one o
wiele bardziej obiektywne, nadto oddziaływują powszechnie i w
sposób ciągły. Człowiek obcując z nimi na co dzień często
bezwiednie przejmuje znajdującą się w nich treść.
Nowi mieszkańcy zasiedlając opuszczone domy zmuszeni zostają
do przystosowania symbolicznej przestrzeni świeżo objętej
siedziby. Musi to rodzić napięcia, którym często trudno
sprostać, stąd już blisko do nierzetelnej adaptacji, do
minimalizujących konieczny wysiłek prób zakłamania prawdy
dziejowej. Jednakże prędzej czy później, prawdzie tej trzeba
spojrzeć w oczy, gdyż niczego trwałego nie można zbudować na
fundamencie przemilczeń i mistyfikacji.
![]() Fot. Bogdan Marciniak |
Ponad 700 - letnia ciągłość rozwoju historycznego Wschowy
została gwałtownie przerwana w 1945 r. Podczas niezwykle
srogiej zimy cała ludność, nieledwie z dnia na dzień,
uciekła w panicznym strachu przed zbliżającym się frontem.
" 19 stycznia, jak co tydzień w sobotę wracałem do
Wschowy. (...) Zastałem niemieckich mieszkańców spakowanych,
siedzących na walizkach. W niedzielę, niekończącymi się
karawanami, wszyscy opuścili miasto. Musiała jedynie zostać
garstka tzw. "Volkssturmu" i cofających się w
nieładzie wojsk niemieckich. Popłoch, chaos i pośpiech z jakim
cofano się na Zachód, przypominał nam wrzesień 1939 r.
Brakowało tylko samolotów, no i kalendarz się nie zgadzał.
Wszystko to trwało do 30 stycznia" - wspomina tamte
wydarzenia Tadeusz Galon, Polak przebywający wówczas we
Wschowie na przymusowych robotach. Rankiem, 1 lutego, po
krótkiej lecz ostrej strzelaninie kompletnie wyludnione miasto
zajęła Armia Czerwona. "Nasze dieło priamoje" -
głosił wielki napis zachowany do dzisiaj na zewnętrznej
ścianie pałacu w pobliskich Jędrzychowicach. Dla prącego na
Zachód wojska miasto było tylko etapem na długiej drodze.
Było podwójnie obce, bo nie swoje i wrogie.. Zdobywcy panoszyli
się w typowo żołdackim stylu - grabili i podpalali. Pożary
wybuchały nieomal codziennie. Podpalony przez żołnierzy,
zawalił się w gruzy hotel "Czarny Orzeł" - chluba
miasta. Spłonęły zabytkowe kamienice w rynku, zniszczeniu
uległa cała jego wschodnia pierzeja. Spłonął także do
fundamentów piękny budynek starej apteki "Pod
Murzynem".
W "wyzwolonej" Wschowie pozostało zaledwie
kilkadziesiąt osób, głównie starców i dzieci.
Przybywających polskich osadników miasto porażało martwotą,
wyglądało jak trup z którego wyciekło życie. "Na
pustych, wyludnionych ulicach, na placach i podwórkach czaiła
się śmierć. Wszędzie pełno było porzuconej broni,
granatów, min i niewypałów" - pisał w swoich
wspomnieniach naoczny świadek tych dni, Jan Dekiert. Wrażenie
jakie wywoływało opustoszałe miasto, oddaje opis pogrzebu:
" szukamy trumny, przenosimy ja na cmentarz. Zmarznięta
ziemia nie poddaje się motyce, nie pozwala wykopać grobu, więc
dwa dni trwają te prace. Cisza cmentarna i ta w mieście wprawia
nas w koszmarny nastrój" (T. Galon). Ale ta "...
godzina zero", stan klinicznej śmierci miasta nie trwał
długo. " W dniu 9 maja, w święto zwycięstwa znów
biliśmy w dzwony, znów padały radosne salwy honorowe. Ale nie
byliśmy sami. Nasz skromny pochód oklaskiwały grupki ludzi,
patrzący na nas z uśmiechem - nowi mieszkańcy Wschowy. A
ludzie ci płynęli i płynęli, powoli zapełniali puste domy
przy wszystkich ulicach i placach. Miasto ożyło"(Jan
Dekiert).
Zaczyna się nowa historia Wschowy. Powstaje polska
administracja, polskie szkoły, uruchomione zostają elementarne
urządzenia komunalne. W historycznej przestrzeni, w tworzonej
przez wieki zabudowie powstaje inne miasto, bo tworzą je inni
ludzie - zbiorowisko doświadczonych przez tragedię wojenną
jednostek, które zjechały w to miejsce z różnych stron
Rzeczypospolitej. Powstał przedziwny ludzki tygiel, mieszanina
tradycji i obyczaju, pomieszanie gwar dzielnicowych i zachowań.
Konieczność wzajemnej pomocy przy rozwiązywaniu rozmaitych,
podstawowych problemów życiowych rodziła ludzką
solidarność, dodatkowo zbliżało do siebie poczucie trwającej
nadal niepewności i strach przed nieprzewidywalnymi
zagrożeniami. Integrowała wspólna narodowość, język i
religia, oraz na zasadzie negatywnej powszechna wrogość do
Niemców. "Poznańskie pyry", "zabugole",
"galicjoki" starały się stworzyć jednolitą,
miejską społeczność.
Nie było to łatwe zadanie. Po euforii wywołanej odzyskana
wolnością i odnalezieniem ziemi obiecanej, po zachłyśnięciu
się radością tworzenia rzeczy nowych, nastał horror
stalinowskiej nocy, czas w którym ledwo wykształcone struktury
społeczne ulegały deformacjom, wszelkie zaś wysiłki
zmierzające do odtworzenia zniszczonych wojną normalnych
związków międzyludzkich zostały zahamowane. Po spustoszeniach
wojennych nastąpiło zjawisko wtórnej atomizacji społecznej ze
wszystkimi negatywnymi skutkami. Powszechnie zakłamywano
historię i tworzono propagandową fikcję na użytek
zdominowanej przez ideologię polityki.
W ramach instrumentalnie traktowanej historii pomijano milczeniem
istotne fakty z dziejów Wschowy lub wręcz upowszechniano
nieprawdę. Kierowano się zasadą, że im bardziej problematyka
historyczna oddalona była od czasów współczesnych, tym lepiej
dla niej i dla tego, kto się nią zajmował. W ten sposób,
paradoksalnie, najlepiej rozpoznany był najstarszy okres
dziejów, natomiast wiek XX, to kompletnie biała plama.
Szczególną ostrożność należało zachować przy poruszaniu
kwestii narodowościowych, a przecież bez uwzględnienia tej
problematyki nie sposób powiedzieć nic sensownego o
przeszłości tego kresowego miasta. Tworzyli je przedstawiciele
różnych narodów europejskich. W gościnnej Wschowie osiedlali
się głównie Niemcy, a także Polacy, Żydzi, Czesi, Holendrzy,
Szkoci, Włosi - ludzie, którzy porzucili z różnych względów
swoje małe ojczyzny, osiedlali się w gościnnej Wschowie,
wtapiając się w miejską społeczność, przydając
świetności temu królewskiemu grodowi i współtworząc jego
specyficzny koloryt.
Nie można ciągle ukrywać i tuszować wszelkimi sposobami
oczywistego faktu historycznego, że mimo przynależności
Wschowy do polski, od początku średniowiecznej lokacji do 1945
r., była ona zdominowana przez mieszkańców pochodzenia
niemieckiego.
![]() Fot. Bogdan Marciniak |
W porównaniu z innymi miastami na zachodnich rubieżach
Rzeczypospolitej, Wschowa była miastem wyjątkowo niemieckim.
Traktowanie niemieckiej przeszłości miasta w kategoriach
epizodu spowodowanego przez zabór pruski, zacieranie wszelkich
śladów niemczyzny w pierwszych latach po wojnie, można
uzasadnić i usprawiedliwić traumatycznymi przeżyciami
większości nowych obywateli Wschowy oraz całego narodu
polskiego. Jednakże późniejsza polityka władz zmierzająca z
premedytacją do wymazania wielonarodowej przeszłości miasta,
była poważnym nadużyciem, jeśli nie zwykłą próba
politycznego fałszerstwa. Ciągłe oficjalne podkreślanie
polskości miasta przy jednoczesnym przemilczaniu jego
prawdziwego rodowodu, mogło się brać jedynie z irracjonalnych
lęków przed rzeczywistą historią oraz z wiary, że publiczne
wypowiedzi mogą mieć moc magicznych zaklęć. Jednakże na
przeszkodzie tej historycznej propagandzie stały zabytki.
Emanując z siebie nieprawomyślne informacje o minionych
czasach, nie poddawały się cenzurze naprawiaczy historii.
Trzeba więc było z nimi zrobić porządek.
Na pierwszy ogień poszły pomniki i cmentarze. Taka jest już
ich dola, że w zmieniającej się historii mogą okazać się
szczególnie niepożądanymi świadkami niewygodnych prawd
dziejowych. Z pomnikami nie było większych problemów. Ich
wymowa była zbyt ewidentna, za bardzo rzucały się w oczy.
Zniszczenie tych jednoznacznie niemieckich zabytków uznano za
akt sprawiedliwości dziejowej. Do dziś nikt tego nie żałuje.
Może jedynie pomnika Bismarcka, ale tylko ze względu na jego
imponującą architekturę, chociaż teraz, kiedy stanął na
jego miejscu równie okazały pomnik byka, wątpliwości te chyba
zniknęły. W późniejszych latach podobny los spotkał jedyny
pomnik wzniesiony po wojnie przez nowych mieszkańców Wschowy, a
raczej przez jego władze polityczne. Historia zakpiła sobie
perfidnie ze swych niedawnych cenzorów. Szkaradny betonowy
monument wystawiony w latach 60 - tych na cześć i wieczną
chwałę wyswobodzicieli, w następstwie zmian politycznego
wiatru, również stał się niewygodną pamiątką. Z wyroku
nowych naprawiaczy przeszłości, wiosną 1993 r. został zwalony
z cokołu, następnie wywieziony i porzucony na placyku
gospodarczym "poniemieckiego cmentarza" Leży tam do
dziś, zażywając właściwego w tym miejscu spokoju. Poza
kilkoma osobami nikt się tym nie przejmuje, ludzie jedynie
zastanawiają się czasem, jaki to nowy pomnik w imieniu
"wdzięcznego społeczeństwa miasta", postawią na
pustym cokole nowe władze.
![]() Fot. Bogdan Marciniak |
Z cmentarzami sprawa była o wiele trudniejsza. W grę wchodził
czynnik religijny, obyczajowy oraz zwyczajnie ludzki -
tradycyjnie polski szacunek dla grobów. Miejskie nekropole,
pomimo, że dokładnie splądrowane i znacznie zdewastowane,
najpierw przez zwycięzców, potem przez polskich szabrowników i
hieny cmentarne poszukujące skarbów, ukrytych ponoć przez
uciekających Niemców w rodzinnych grobowcach, nadal niepokoiły
polskie władze.
Pierwszy zlikwidowany został stary cmentarz gminy ewangelickiej
na Nowym Mieście. Jego początki sięgały prawdopodobnie XVII
wieku, kiedy to starosta Hieronim Radomicki założył na terenie
tzw. Ogródków Owczarskich nowy organizm miejski dla
napływających tłumnie do Wschowy, w czasie wojny
trzydziestoletniej, religijnych uciekinierów z pobliskiego
Śląska. Na cmentarzu tym pochowanych zostało wiele znaczących
w dziejach miasta obywateli. Tu znajdował się grób słynnego
buntownika Daniela Cybona, mistrza cechu sukienników, który
stanął na czele powstania pospólstwa przeciwko magistratowi.
Po stłumieniu rozruchów przez starostę Rafała
Leszczyńskiego, Cybona uwięziono na zamku, po czym z wyroku
sądu starościńskiego: "... na Cybonie dekret egzekwowano,
onego przez kata na dziedzińcu zamkowym ścięto i ciało na
cmentarzu dysydenckim, nowomiejskim pochowano. Był ten Cybon
majętnym obywatelem we Wschowie, rodem z Krakowa, tamtejszego
kupca synem, którego miał być chrzestnym Jan Sobieski, gdy
jeszcze był hetmanem. (..) Osoby magistratowe górę wziąwszy,
obrotami kierowały, pospólstwo głowy już nie podniosło. Ten
"najokropniejszy rozruch" w mieście miał miejsce w
1677 r. i wywołany był niewłaściwą gospodarką finansową
magistratu. Dziś na grobie Cybona stoi stacja benzynowa i
budynki mieszkalne. O pierwotnym charakterze tego miejsca
świadczy jedynie zachowany fragment parku cmentarnego.
Procesowi postępującego zniszczenia uległ niezwykle ciekawy z
punktu widzenia historii obyczajów sepulkralnych, niewielki
cmentarzyk nieopodal Parku Wolsztyńskiego. Był to tzw. Armer
Sünder Friedhof. Z dawien dawna (być może już od czasów
średniowiecza) było to miejsce pochówku różnego rodzaju
wyrzutków społecznych, miejscowych pariasów nie mających
prawa obywatelstwa, skazańców, samobójców i nieślubnych
dzieci. W latach 80 - tych mieszkańcy pobliskiego osiedla
pobudowali na tym grzebalnym polu dziesiątki garaży.
Kompletnie zniszczony został cenny dla kultury i historii miasta
cmentarz gminy protestanckiej w miejskiej wsi - Przyczynie
Górnej. Powstał on, podobnie jak cmentarz staromiejski, w
okresie kontrreformacji, kiedy to użytkowany od 1578 r. prastary
kościółek, "Rote Kirche", trzeba było w 1642 r.
zwrócić katolikom, a wraz z nim przykościelny cmentarz: "
![]() Kościół w Przyczynie Górnej - reprodukcja Marek Chwistek |
Nazajutrz po Bożym Ciele w tymże roku (1642) w obecności
tychże komisarzy i innych obywateli, kościół z plebanią
onemu (księdzu Żegockiemu) oddano, a tymczasowego pasterza
dysydenckiego Pawła Klapiusza do nowego dysydenckiego w innym
miejscu tej wsi bliżej miasta, po owym dekrecie wprędce w
drzewo i lepiankę postawionego kościoła magistrat
wprowadził".
![]() |
Bezpośrednio po wojnie cmentarz zniszczono, nagrobki rozgrabiono
używając ich jako materiału budowlanego do różnych celów,
stojący zaś obok zabytkowy zbór i dzwonnicę rozebrano
ktorejś zimy na opał. Po pewnym czasie zapomniano zupełnie,
że na porośniętym trawa i chwastami pastwisku stał kiedyś
kościół i znajdował się cmentarz. W latach 80 - tych
wytyczono na tym nieużytku działki pod budowę domków
jednorodzinnych. Kiedy szczęśliwi właściciele rozpoczęli
prace ziemne na swych parcelach, okazało się, że ten plac
budowlany jest już zajęty. Pod cienką warstwą gleby
natrafiono na grobowce, a w nich na porozbijane trumny z ludzkimi
szczątkami. Budowę przerwano. Dziś dzieci z pobliskich domów
mają tu dziki plac zabaw. Niektóre grobowce zaadaptowano na
śmietniki.
W 1938 r. w czasie Kryształowej Nocy faszystowscy mieszkańcy
Wschowy dokonali pogromu Żydów paląc przy tym synagogę na
Nowym Mieście. Pomimo całkowitej zagłady żydowskiej
społeczności, stanowiącej ok. 10% ludności, nie zniszczono
starego kirkutu znajdującego się poza miastem; pozostał on
praktycznie nienaruszony do końca wojny. Musiał być bardzo
stary, bo Żydzi we Wschowie byli właściwie od zawsze, zaś o
innym miejscu grzebania członków kahału nie ma żadnych
informacji.
Cmentarz ten niestety również okazał się politycznie
szkodliwy. W 1968 r., w czasie reżyserowanej przez władze
histerii antysemickiej, splantowano w czynie partyjnym, wschowski
kirkut, wywożąc jednocześnie wszystkie maceby na placyk przy
ul. Kazimierza Wielkiego. W miejscu tym planowano postawić nowy
dom kultury, zaś cmentarne pomniki o podejrzanie syjonistycznym
rodowodzie miały być wykorzystane pod budowę jego
fundamentów. Budowa jednak nie doszła do skutku. Maceby
postanowiono spożytkować inaczej. Posłużyły za kamienie
brukowe w nawierzchni ulicy Targowej. Jest ona obecnie ruchliwym
deptakiem osiedlowym. Mało kto domyśla się, że pod warstwą
asfaltu leżą wprasowane drogowym walcem, inskrypcjami w
ziemię, nagrobne pomniki, zabrane z cmentarza unicestwionej
społeczności. Na miejscu starego kirkutu rosną już tylko
drzewa, dzięki czemu można jeszcze określić miejsce
ostatniego spoczynku wielu pokoleń wschowskich Żydów.
Najtrudniejszym orzechem do zgryzienia dla ówczesnych władz,
było rozwiązanie problemu słynnego cmentarza staromiejskiego
gminy ewangelickiej, założonego w 1609 r. Zdawano sobie sprawę
z unikalnej wartości historycznej i artystycznej obiektu,
jednakże to ważne świadectwo przeszłości miasta było w
istniejącym kształcie nie do przyjęcia; wywoływało
niepokój, rodziło zbyt wiele kłopotliwych pytań. Początkowo
władze miejskie chciały przekształcić cmentarz na ogródki
jordanowskie. Potem, dzięki Bogu, zarzucono ten niefortunny
pomysł, decydując się przeznaczyć część obiektu na
zieleniec, natomiast resztę, po odpowiednich zabiegach
"konserwatorskich", zachować jako wzorcowe muzeum
rzeźby nagrobnej. Tak doszło do słynnej już dzisiaj
"sanacji" obiektu. W ramach tej bezprecedensowej akcji
konserwatorskiej urządzono cmentarzowi pogrzeb. Dosłownie!
Usunięto z powierzchni pola cmentarnego prawie wszystkie
nagrobki wolnostojące, uznając je za bezwartościowe
artystycznie i historycznie (cenzurą czasową był rok 1850);
następnie pochowano je w kryptach grobowych. Groby splantowano,
krypty zamurowano. Aby wypełnić powstałą pustkę zwieziono z
okolicznych zdewastowanych cmentarzy protestanckich
kilkadziesiąt pomników, których wartość artystyczna autorowi
koncepcji "lapidarium" wydawała się znacznie wyższa
od usuniętych. Przy okazji tych akcji "importowych"
zniszczono cenny kirchof w Szlichtyngowej liczący tyle samo lat,
co powstałe w pierwszej połowie XVII w. miasteczko.
Jeśli rzeczywiście alternatywą dla wschowskiej nekropoli
staromiejskiej były ogródki jordanowskie, to może nie było
największym złem, to co z nią ostatecznie zrobiono, niemniej
prawdą jest, że przy pomocy kilofa, łopaty i ciągnika
przeprowadzono konserwatorską "rewaloryzację"
niszcząc bezpowrotnie skomplikowana strukturę unikalnego XVII
wiecznego cmentarza - kamiennej kroniki miasta.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Założony w 1609 r. staromiejski cmentarz protestancki we
Wschowie jest najstarszą nekropolą chrześcijańską w Polsce
położoną poza murami miasta (extra muros). Wyłączając
średniowieczne, włoskie Campo Santo, jest wschowski kirchof
jednym z pierwszych tego rodzaju obiektów w Europie.
Począwszy od V wieku zmarłych grzebano w pobliżu kościołów
i w samych kościołach, lub w budowanych specjalnie w tym celu
kaplicach. Powszechne było przekonanie, że znajdujące się tam
szczątki świętych męczenników, mających z góry zapewnione
klucze do raju, oddziaływują zbawiennie na dalsze, pozaziemskie
losy zwykłych śmiertelników. Towarzystwo świętych oraz
bliskość domu bożego - kościoła, miało być najlepszą
gwarancją zmartwychwstania w momencie Sądu Ostatecznego. Umarli
zostali wprowadzeni do miast, do ludzkich siedzib, przestali
budzić lęk i grozę. Doczesne szczątki, uświęcone poprzez
fakt złożenia ich w poświęconej ziemi, same stawały się
sacrum. Grób - domus stał się również świątynią,
świętym miejscem wywołującym nabożne skupienie. Taki
stosunek do zwłok był specyficznym rysem średniowiecznego
chrześcijaństwa. Śmierć, zwłoki, cmentarz zostały oswojone.
Przenikając na co dzień ludzkie życie, stały się mimo
swojego sakralnego charakteru, czymś swojskim, pospolitym,
często zwyczajnie obojętnym.
Cmentarze średniowieczne nie budziły lęku, były ważną
częścią miejskiej przestrzeni i to być może ważniejszą dla
żyjących niż dla zmarłych. Były one miejscem żywym,
gwarnym; stanowiły wraz z kościołem centrum życia miejskiej
społeczności. Często w szczelnie zabudowanym, opasanym murami
obronnymi mieście, cmentarz był jedynym, poza rynkiem,
większym placem. Pełnił też zwykle z tego powodu rolę
publicznego forum - stanowił miejsce spotkań, imprez
kulturalnych, transakcji handlowych; odbywały się na nim targi,
jarmarki. Prozaiczne potrzeby degradowały go często do roli
miejskiego pastwiska; wypasano na nim zwierzęta gospodarskie,
młócono zboże, suszono bieliznę. Bywało, że stawał się
miejscem schadzek i uprawiania prostytucji. Był tez cmentarz
miejscem azylu, gdzie średniowieczne prawo ulegało zawieszeniu.
W związku z tym stawał się czasową lub nawet stałą siedziba
dla różnego rodzaju przestępców. Prawo azylu w kościele i na
cmentarzu, który był jego częścią przetrwało znacznie
dłużej, o czym świadczą zapiski na ten temat w kronice
wschowskiego klasztoru: "Tego roku [1739] 29 listopada
uczeń Jan Wąsowicz, rozgoryczony za upomnienia swojego prefekta
i profesora o. Jezuity, w gospodzie niedaleko naszego kościoła
lekkomyślnie i zuchwale napadł na o. Michała Grygiera,
prefekta uczniów i niegodziwie go zabił, tak że za kwadrans o.
Prefekt życie zakończył. Po tej ohydnej zbrodni zabójca
kapłana uciekł przez kościół do naszego konwentu, gdzie
przebywał ok. 2 dni i uciekł przez płot nocą, chociaż
straże miejskie krążyły wokół klasztoru, aby go
schwytać". Prawo to było rygorystycznie przestrzegane, a
jego złamanie surowo karane o czym świadczy inna notka w
kronice klasztornej, opisująca sąd nad strażnikiem miejskim i
jego żoną, którzy usiłowali wyciągnąć z przykościelnego
cmentarza chłopca zbiegłego z więzienia.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Miejskie cmentarze przykościelne odgradzano zazwyczaj murem
płotem lub rowem. Zmarłych grzebano bądź w grobach
indywidualnych, jeśli rodzinę stać było na wykupienie
miejsca, bądź we wspólnych mogiłach, którymi były wielkie
doły zwane pożeraczami ciał. Groby rozmieszczano bez żadnego
planu, chaotycznie, nie oznaczały ich zazwyczaj żadne trwałe
elementy architektoniczne; czasem stawiano drewniany krzyż.
Zwykle po pewnym czasie rodzina traciła orientację, w którym
miejscu znajdował się grób bliskiej osoby. Ponieważ areał
cmentarza pozostawał niezmienny, po kilku latach częściowo
rozłożone zwłoki wykopywano, by zrobić miejsce dla
następnych. Wykopane szczątki składano w specjalnych
magazynach cmentarnych zwanych ossariami lub kostnicami.
Niektóre z nich zachowały się do dzisiaj. Stosunek do zwłok
cechowała w średniowieczu pewna ambiwalencja. Z jednej strony,
zgodnie z panującą doktryną uważano ciało za vanitas
vanitatum, w konsekwencji czego nie przejawiano większej
dbałości o groby, z drugiej jednak strony, powszechna i
głęboka wiara w zmartwychwstanie ciał nakazywała traktowanie
ich z określoną troską. Ograniczała się ona głównie do
zapewnienia denatowi właściwego miejsca pochówku, a więc przy
świętych i wokół kościoła - ad sanctos et apud ecclesiam.
Istotniejszym problemem dla bliskich był los duszy zmarłego.
Uważano za święty obowiązek przyjście jej z pomocą w
dostąpieniu zbawienia. W tym celu fundowano pobożne dzieła:
msze wieczyste, ołtarze, przeznaczano nieraz pokaźne sumy na
cele dobroczynne, zamawiano również epitafia z wyobrażeniem
adoracyjnej modlitwy, które sytuowano w ścianie kościoła, lub
w murze cmentarnym, jeśli cmentarz był nim ogrodzony.
![]() |
Bardziej uroczyście traktowane były zwłoki możnych tego
świata. Wiązało się to z chęcią podkreślenia pozycji
zmarłego i przyczynienia splendoru rodzinie. W takich
przypadkach trupa chowano w kościele. Początkowo w ziemi pod
posadzką, potem w kryptach grobowych lub specjalnych kaplicach.
Przykładem może być pochówek Mikołaja Tarnowieckiego,
zmarłego w 1640 r. i pochowanego w kościele klasztornym we
Wschowie: " Nie bez większego żalu ubogich zakonników,
śmierć, która nikogo nie oszczędza, zabrała ze świata
bardzo hojnego i pobożnego ich fundatora, Mikołaja
Tarnowieckiego, który z dóbr od Boga otrzymanych, nie połowę
lecz cały doczesny majątek rozdając na kult boży, budowę
kościołów i jałmużnę dla ubogich, duszę ozdobioną
zasługami chrześcijańskiej szczodrości, oddał Bogu, swojemu
stwórcy, 2 czerwca, aby otrzymać nagrodę wieczną. W dowód
wiecznej wdzięczności w naszym kościele po stronie ewangelii w
prezbiterium wśród braci, pochowanemu przyjaciele ufundowali
marmurowe mauzoleum".
Średniowieczny zwyczaj chowania zmarłych w kościele, który
przetrwał do końca XIX w., stwarzał często poważne problemy
natury higienicznej, powodował trudny do wytrzymania smród,
który przeszkadzał w odprawianiu nabożeństw. Wspomina o tych
uciążliwościach klasztorny kronikarz: " tego roku [1734]
14 lutego zmarł br. Feliks Marten, zakrystian pochowany pod
kaplicą św. Krzyża, a nie pod kościołem, gdzie dotychczas
chowano ojców i braci, aby uniknąć odoru z piwnicy nie
mającej okien do przewietrzenia. Nie lepiej miały się sprawy
na przykościelnych cmentarzach. Trupie miazmaty, wyziewy
rozkładających się w zbiorowych mogiłach ciał, były
normalnym zjawiskiem w miastach do czasu, kiedy wyprowadzono z
nich cmentarzy. We Wschowie do cmentarnych zapachów
uprzykrzających życie mieszkańcom, dochodziły dodatkowo
nieznośne fetory rozchodzące się z jatek miejskich,
zgrupowanych obok przykościelnej nekropoli przy uliczce zwanej
do dzisiaj Rzeźniczą.
W sposobie ówczesnego myślenia o śmierci i zmarłych, mimo
powszechnie panującego poglądu chrześcijańskiego, dostrzec
można znacznie starsze motywy. Śmierci nie pojmowano jako
nagłej, radykalnej zmiany. Granica między życiem a śmiercią
była w rozumieniu ludzi średniowiecza, a także i później,
czymś płynnym. Sądzono, że rozkład zwłok w środowisku
naturalnym jest rodzajem metapsychozy. Zmarli, jak w poezji
Leśmiana ("A wszak ci w trupach taka moc bywa/ Że trup i w
grobie wiele przeżywa") nadal żyją tylko w innej formie
bytu. Piękny przykład wiary w pozagrobową egzystencję ciała
znajdujemy w Dzienniku Sprzedawcy Opłatków: "...
zmierzchem w Ogrodzie Rajskim, jeszcze czerwone słońce,
pierwszy śnieg tego roku suchego, o czwartej zimą, płatki z
manny dla duszy Valeriusa pastora i kubek wody postawiłem, by
się wykąpała, na grób, na viridarium lekkośnieżne".
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Każdy cmentarz był brzemienny oczekującymi swego
zmartwychwstania istotami. Sądzono dość powszechnie, że nie
pozostają one obojętne na to, co dzieje się wśród żywych.
Gdy w okresie reformacji po domniemanym spaleniu przez
"akatolików", bernardyńskiego kościoła wraz z
klasztorem, zakonnicy "strząsając pył z nóg odeszli do
innych miejscowości jako ewangeliczni pielgrzymi, zostawiając
samą grozę spustoszenia jako świadectwo wiarołomności i
przewrotności obywateli Wschowy", wtedy zmarli bracia,
którzy pozostali na przyklasztornym cmentarzyku i w podziemiach
spalonej świątyni, biorą na niegodziwych heretykach odwet:
"W kaplicy św. Anny - która pozostała po pożarze - jak
dawna tradycja samych wrogów podawała, nocą dawał się
słyszeć śpiew kościelny, wykonywany zwyczajem naszych
zakonników, których już przecież nie było, a przez okno
można było widywać światło lampy. Bywały nawet procesje
zakonników po cmentarzu i to kilka razy. W mieszkaniach
heretyków zbudowanych na gruntach klasztornych, zjawiały się
postacie zakonników w nocy lub późnym wieczorem. Pewnemu
luteraninowi mieszkającemu blisko kaplicy św. Anny, który
chełpił się, że nie cofnie się przed postacią mnicha,
chyba, że go gwałtem wyniesie z domu, zdarzyło się, że
upadł na schodach swego domu i umarł, osiągając skutek swego
proroctwa. Niedaremne i celowe miało być to niezwykłe
ukazywanie się zmarłych. Zdarzało się na przestrogę
potomnych i pamiątkę wielu zakonników, którzy tutaj święcie
życie zakończyli".
Stosunek do śmierci i zmarłych był pochodną ogólnej postawy
wobec życia, postawy nacechowanej aprobatą losu i natury,
charakterystyczną dla kultury chrześcijańskiej w ściśle
wyznaczonym okresie historycznym. Zaczyna się ona kształtować
już w V w. naszej ery, schyłek przeżywa od momentu reformacji,
by zniknąć prawie zupełnie z chwilą powszechnego
wyprowadzenia cmentarzy z siedzib ludzkich pod koniec XVIII w.
Ten ciekawy proces ewolucji poglądów eschatologicznych i
obyczajów sepulkralnych, prześledzić można na przykładzie
wschowskiego cmentarza staromiejskiego. Jego losy od samego
początku splatają się ściśle z dziejami gminy ewangelickiej
i jej świątyni, jednego z najstarszych zborów w Wielkopolsce -
słynnego "Kripplein Christi".
Rewolucja religijna wywołana przez Marcina Lutra, zaczęła się
szybko rozprzestrzeniać na terenie całej Europy, szczególnie
zaś na obszarze krajów niemieckojęzycznych. Rozwinięte
stosunki polityczno - handlowe Polski z Zachodem, a także liczne
w owym czasie wyjazdy polskiej młodzieży do ośrodków
uniwersyteckich Europy, swobodne migracje ludności w strefie
granicznej, rozpowszechnienie się druku, wszystko to
przyczyniło się do szybkiej ekspansji wywrotowych koncepcji
wielkiego reformatora na terenie Rzeczypospolitej, zwłaszcza w
miastach zdominowanych przez ludność niemiecką.
Z perspektywy Wschowy tak komentował ten proces kronikarz
klasztorny: "Chociaż jeszcze w czasach Zygmunta I Króla z
Polskiego Saksonii na te ziemie przedostawała się zatruta
herezja Lutra przez rozpowszechnianie książek tego bezbożnego
apostaty, przekraczającego prawa boskie i ludzkie (...), to
jednak to nieszczęsne zło zaczęło się szerzyć od 1534 r.
(...) Również od roku 1554 ta sama klęska nawiedziła
Wielkopolskę (...) i do r. 1558 coraz bardziej się szerzyła w
całym Królestwie (...) w miastach i miasteczkach, w prywatnych
domach szlachty, przyniesiona przez szatana i postęp co
sprytniejszych. Wprawdzie wolnym postępowała krokiem ta
nieuleczalna i beznadziejna zaraza, lecz na długie lata się
usadowiła, olejem prawdziwej mądrości nie zasilana w sercach
ludności Wschowy".
Wschowa, miasto polskie i królewskie, ale etnicznie i kulturowo
w znacznym stopniu niemieckie, położone w dodatku przy granicy
ze zniemczonym Śląskiem, jako jedno z pierwszych prawie w
całości przyjęło doktrynę protestancką. Również okoliczna
szlachta opowiedziała się po stronie nowej wiary. "
Posiedziciele dóbr ziemskich, po większej części protestanci
najeżdżali domy współobywateli katolików, odzierali
kościoły z ich ozdób i plebanów z ich posad gwałtownie
oddalali; kilku nawet duchownych w tym czasie zostało
zamordowanych zostało."
W 1552 roku na wakujące miejsce kaznodziei niemieckiego przy
kościele parafialnym, rada miasta, przy pełnym wsparciu
starosty mateusza Górskiego, powołała pierwszego
luterańskiego kaznodzieje - przybyłego z Lwówka Śląskiego,
Joachima Weisshaupta. Nie przez wszystkich Wschowian został on
przyjęty z otwartymi ramionami. Głównymi oponentami nowej
religii i zdeklarowanymi wrogami jej głosicieli byli ojcowie
bernardyni, usadowieni w klasztorze za miastem. Z powodu tych
"złośliwych mnichów", Weisshauptt był zmuszony
zaniechać dalszego krzewienia "przewrotnej nauki
akademistów witemberskich: i następnie opuścić miasto.
Prawdziwym twórcą gminy luterańskiej we Wschowie był Andrzej
Knobloch, pastor przybyły z Zielonej Góry. Podobnie jak
Weisshaupt, naraził się on wielebnym ojcom wschowskiego
konwentu. Zaatakowali go bez ogródek, używając przy tym
starych, wypróbowanych metod. "Gdy wreszcie wzrosła
złość ludzi - pisze nie kryjąc swego gniewu kronikarz
klasztorny - a moralność katolików podupadła, kiedy dawnym
katolickim zwyczajem w dzień Pański w kościele parafialnym
zgromadziło się mnóstwo katolików, a nie było kapłana
prawdziwej wiary (...) predykant protestancki Andrzej Knobloch,
łotr i złodziej, wszedł do kościoła i podstępną mową i
sprytnymi wywodami oczarował magistrat i wszystek lud,
nauczając, że lepsze jest codzienne czytanie niż słuchanie
Mszy św., bo trąci to bałwochwalstwem. Elita miasta z wielkim
mnóstwem ludzi przystąpiła do błędnej nauki Lutra i chętnie
ja przyjęła (...) tenże Knobloch - Kościół Matki Bożej
zamienił na oborę dla bydła, świątynię św. Walentego
przeznaczył na rzeźnię (do ściągania skór z koni i bydła),
a kościół św. Wawrzyńca przeznaczył na jatkę, opustoszały
kościół św. Mikołaja zostawił bez opieki. Zostały w
tabernakulum Hostie, które rzeczony Andrzej Knobloch, fałszywy
prorok, nadużywający słowa Bożego sprzedał Żydom przybyłym
z Lublina na jarmark na futro".
To domniemane świętokradztwo Knoblocha zostało ostro
potępione przez krewkiego gwardiana konwentu, wobec licznie
zgromadzonego w kościele klasztornym ludu. Predykant został w
nim nazwany "wilkiem gorszym od samego Judasza
zdtrajcy", jednakże napastliwe kazanie nie przyniosło
spodziewanego rezultatu. Ostra kampania nienawiści prowadzona
przez zacietrzewionych konfratrów, wywołała efekt odwrotny do
zamierzonego. Mieszczanie zareagowali wrogością wobec
organizatorów nagonki. Aczkolwiek nie ma na to konkretnych
dowodów, to jest wysoce prawdopodobne, że dwukrotny pożar,
który zniszczył całkowicie kościół i klasztor bernardynów,
był agresywna reakcją wschowskiego pospólstwa na
kontrreformatorskie poczynania pobożnych braci. Wersję celowego
podpalenia (w co zresztą święcie wierzyli sami bracia)
uwiarygadnia fakt, że w czasie pożaru zebrany tłum nie tylko,
że nie podjął żadnej, zwyczajowo nakazanej akcji gaszenia,
ale wobec pojedynczych osób, które próbowały gasić, zajął
groźną postawę. "Po spaleniu się klasztoru i kościoła
- jak pisze Joneman - zakonnicy żadnego we Wschowie nie mieli
miejsca do pomieszkania i (...) od zaciętego ludu ochrony udać
się w odległe strony byli znagleni (...)".
Zwycięstwo protestantyzmu we Wschowie było przygniatające.
Najstarsza z ocalałych ksiąg kościelnych pozwala oszacować
liczebność gminy luterańskiej na 6 tys. osób. Przy starej
wierze pozostały jedynie niedobitki. Podobnie wyglądała
sytuacja na terenie całej Ziemi Wschowskiej. Zarówno w Lesznie,
jak i w Święciechowie, a także we wsiach, absolutną przewagę
uzyskali różnowiercy. "Powyżej opisana religii reforma w
mieście Wschowie zatem też po najwięcej wsiach tej Ziemi
naśladowano, gdzie prawie wszędzie kościoły
sprofanowano" - opisuje ówczesna sytuację Joneman.
Pod przewodnictwem światłych pastorów zaczęto realizować
ideę "taniego kościoła". Farę rozbudowano i
odnowiono. Pobudowano nową, murowaną szkołę parafialną.
Pozostałe kościoły i kaplice zlikwidowano (z wyjątkiem
kaplicy szpitalnej), same zaś budynki przeznaczono na cele
utylitarne, niekiedy drastycznie kontrastujące z dotychczas
pełnionymi funkcjami sakralnymi, o czym wspomina z nieukrywana
zgrozą i oburzeniem kronikarz braci mniejszych.
Skasowano też bez żadnych zahamowań, jako zbyteczne dla nowej
liturgii, cenne naczynia kościelne i inne przedmioty
katolickiego kultu. "Leopold Gaudenap i Kaspar Vonde
zarażeni błędami Lutra przełożeni wschowskiej mennicy,
rozbili skarbiec kościoła parafialnego i zabrali 10 srebrnych
kielichów i 7 pacyfikałów, aby je przetopić na denary. (...)
Z całego miasta wszystko srebro z kościołów, a więc ponad 40
sztuk naczyń: kielichów, monstrancji, /puszek/ i świętych
sukienek ta dzika apostazja pochłonęła nie tylko z nagannej
chciwości ile z dzikiej nienawiści do wiary rzymsko -
katolickiej" - relacjonuje wydarzenia brat kronikarz.
Zmiana wyznania przez większość mieszczan miała podwójną
korzyść - uwalniała od materialnej powinności wobec
Kościoła oraz uniezależniała w sensie administracyjnym.
Dzięki zaś rozwiązaniu parafii katolickiej wzbogaciła się
kasa miejska. Magistrat przejął dochody z folwarku
plebańskiego i kapitałów kościelnych. Wschowska gmina
protestancka stanowiła całkowicie niezależną organizację
religijną, nie podporządkowana żadnej zwierzchności.
Okrzepła ona i umocniła swoją pozycję po roku 1598, kiedy
pastorem został syn wschowskiego kuśnierza Walery Herberger, człowiek wyjątkowo
utalentowany, o iście renesansowych zainteresowaniach i
rozległej wiedzy humanistycznej.
![]() |
Kształcił się początkowo w słynnym kożuchowskim liceum,
potem na uczelniach Frankfurtu/O oraz Lipska. Rozliczne
umiejętności, odważne i roztropne kierowanie społecznością
religijną przyniosły mu uznanie i zjednały zwolenników, z
czasem zaś sławę i zaszczytny przydomek "Małego
Lutra". Mieli wyznawcy nowej religii we Wschowie dużo
szczęścia, że w owym trudnym czasie (kontrreformacja) stanął
na ich czele przywódca o tak nieprzeciętnych zaletach.
Herberger był nie tylko wytrawnym teologiem, poetą, znawcą
literatury starożytnej, polihistorem, porywającym kaznodzieją,
ale i doskonałym organizatorem, człowiekiem czynu, zdecydowanie
i śmiało podejmującym nieraz dramatycznie trudne decyzje. Jego
przywództwo przypadło w okresie nasilenia się reakcji
katolickiej. Lata tolerancji sprzyjającej swobodnemu
rozprzestrzenianiu się reformacji należały do przeszłości. Z
chwilą objęcia tronu przez ultrakatolickiego władcę -
Zygmunta III Wazę, rozpoczęła się kontrofensywa kościoła
katolickiego. Nowy monarcha zdecydowanie poparł roszczenia kleru
do przejętego przez różnowierców majątku Kościoła.
Pojawiły się pierwsze nakazy zwrotu budynków kościelnych. W
latach 90 -tych katolicy odzyskali kościoły w Gdańsku,
Malborku i Grudziądzu.
We Wschowie znacznie wcześniej podjęto próby odebrania
luteranom dóbr kościelnych. Już w 1577 r. Stefan Batory
zaprezentował na wakujące od lat 50 - tych probostwo wschowskie
Macieja Grzembskiego. Jednocześnie nakazał władzom miasta
zwrócić zagarnięte uposażenie plebanii. Kiedy interwencja
królewska nie wywołała pożądanego skutku, król ponowił 3
października swój nakaz. Zagrożeni utratą świątyni
wschowscy protestanci wysłali poselstwo do monarchy i podczas
audiencji udało się im zmienić decyzje królewską. Delegacja
powróciła z Krakowa z gwarancjami swoich praw do miejskiego
kościoła.
Realizowana przez Zygmunta III polityka ograniczania swobód
religijnych, spowodowała nasilenie starań strony katolickiej o
odzyskanie spornej świątyni. Wspomniany pleban Grzembski
pełniący dotąd swe funkcje jedynie tytularnie, za co zresztą
brał od miasta wcale nie małą pensję, wygrał batalię o
kościół, uzyskując dnia 1 grudnia 1603 r. królewski nakaz
zobowiązujący władze miasta do wydania w przeciągu 12 tygodni
świątyni wraz z uposażeniem. W wyznaczonym terminie rada nie
oddała budynku. Na znak protestu zerwano mandaty królewskiej
przybite do bram kościelnych. Podjęto szeroko zakrojona próbę
cofnięcia królewskich decyzji. Przekupiono głównego, obok
plebana, przeciwnika, starostę Stefana Kiełczewskiego, wysłano
dwukrotnie poselstwo do króla, zabiegano o pomoc biskupa
poznańskiego. Wszystko to jednak okazało się daremne.
Powołana przez króla, złożona z samych katolików komisja nie
uchwaliła niczego, co mogłoby wpłynąć na zmianę decyzji
królewskiej. Jedyny profit, jaki uzyskała rada miasta z
działalności komisji, to uwolnienie od zarzutu buntu wobec
władzy monarszej, o co była wcześniej oskarżana. Ugoda
podpisana przez miasto i komisję przesądziła ostatecznie, że
fara przeszła z powrotem na własność kościoła katolickiego.
Uprzedzając niekorzystne dla siebie zakończenie procesu
rewindykacyjnego, rada postanowiła wykupić dwa domy mieszkalne
znajdujące się przy Bramie Polskiej, z przeznaczeniem na
przyszły budynek zboru. Pieniądze na ten cel uzyskano z
dobrowolnych składek zebranych od mieszczan. Obawiając się
odmowy, rada przezornie nie wystąpiła do króla z prośba o
wyrażenie zgody na budowę zboru. Jak się okazało w
przyszłości, postąpiła słusznie.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny Kripplein Christi AD 2004 r. |
![]() Fot. Andrzej Przewoźny Wnętrze Kripplein Christi AD 2004 r. |
![]() Fot. Andrzej Przewoźny Prace archeologiczne w zborze (rok 2004) |
![]() Fot. Andrzej Przewoźny Prace archeologiczne w zborze (rok 2005) |
Wykupione domy w krótkim czasie przekształcono w nową
świątynię. W 1604 r., w wigilię Bożego Narodzenia, w
niewykończonym jeszcze budynku odbyło się po raz pierwszy
nabożeństwo. Na pamiątkę tego dnia nadano świątyni nazwę
Żłóbka Chrystusa (Kripplein Christi), stąd potem krypla -
gwarowa nazwa zboru, jaka się przyjęła na terenie
Wielkopolski.
![]() Fot. Marek Chwistek Wnętrze świątyni Żłóbka Jezusa - widok dzisiejszy |
![]() Zdjęcie archiwalne Kripplein Christi z końca XIX w. - reprodukcja Marek Chwistek |
![]() Wnętrze zboru z amboną - reprodukcja Marek Chwistek |
![]() Wnętrze zboru - reprodukcja Marek Chwistek |
![]() Organy na zachodniej emporze zboru - reprodukcja Marek Chwistek |
|
|
Oddanie fary nie odbyło się jednak bez oporów. Sfrustrowane
niekorzystnym obrotem sprawy pospólstwo, rozładowało swe
niezadowolenie wybijając szyby w oknach kościelnego budynku,
zniszczyło organy, rozwaliło zamki w drzwiach. Do odebranego
kościoła wpędziło stado świń, przy okazji poturbowało
dotkliwie wikarego. Atmosfera wrogości zagęściła się tak
bardzo, że luteranie zaczęli się obawiać o swój świeżo
erygowany zbór.
Napięta atmosferę dodatkowo jeszcze pogorszyły konflikty
powstające wokół jedynego w tym czasie cmentarza,
znajdującego się przy katolickiej farze. Ponieważ inne
kościoły zostały bądź zniszczone bądź zamienione na
obiekty praktycznej użyteczności, przestały zapewne
funkcjonować położone wokół nich cmentarze. Z tego też
powodu zarówno katolicy, jak i protestanci zmuszeni byli
grzebać swoich zmarłych na tym samym miejscu. Choć gmina
protestancka miała już swój kościół, to ze względu na
zwartą zabudowę i krępujący niezmiennie mur obronny, nie
można było wygospodarować wolnej przestrzeni pod założenie
nowego, tradycyjnie przykościelnego cmentarza.
W miarę narastania konfliktów spowodowanych istnieniem
wspólnej nekropoli dla całej, podzielonej religijnie
społeczności miejskiej, zaczęto zastanawiać się nad
wytyczeniem nowego cmentarza poza murami miasta. Była to
koncepcja całkowicie nowatorska, od niepamiętnych czasów
obowiązywała przecież zasada grzebania zmarłych przy
świętych i wokół kościoła. Obyczaj ten był tak
zakorzeniony w ówczesnej mentalności, że nieraz aby założyć
cmentarz, budowano nowy kościół. Za miastem lokowano jedynie
cmentarze żydowskie, epidemiczne oraz takie, które służyły
za miejsce pochówku dla społecznych pariasów. Do tej kategorii
należały również cmentarze dla tych, co "umarli w
butach" czyli nekropole bitewne.
Wschowa była w tamtym czasie jednym z bardziej zamożnych
ośrodków miejskich w Rzeczypospolitej, jednakże powierzchnia,
na której założono miasto była wyjątkowo mała. Lokatora
zawiodła niestety wyobraźnia - nie przewidział szybkiego
rozwoju Wschowy. W krótkim czasie zaprojektowana przestrzeń
okazała się zbyt ciasna i miasto zaczęło obrastać
jurydykami. Nowy plac cmentarny w szczelnie zabudowanych murach
nie wchodził więc w rachubę. Pastor Herberger znał zapewne
ideę cmentarzy extra muros, musiał tez wiedzieć, że zyskały
one poparcie Lutra. Istniały już wówczas takie protestanckie
cmentarze w Niemczech, choćby w Halle czy Salzburgu.
Okoliczności ich powstania były podobne jak we Wschowie.
Ponadto zaczęto brać pod uwagę względy higieniczne. Coraz
częściej kojarzono powstawanie różnych chorób i groźnych
epidemii z trupimi wyziewami rozchodzącymi się z miejskich
nekropoli.
Kiedy zapadła decyzja o założeniu za miastem nowego cmentarza,
powołano specjalną fundację w celu zebrania pieniędzy na
realizację tego przedsięwzięcia. Ponieważ zamierzenie to
obchodziło wszystkich członków gminy, bez większych
kłopotów zebrano potrzebną sumę. Wykupiono za nią grunty
znajdujące się na terenie tzw. Przedmieścia Polskiego i tam, w
szczerym polu, z dala od miasta, wytyczono granicę nowej
nekropoli. W taki sposób powstał pierwszy chrześcijański
cmentarz miejski poza murami miasta w tej części Europy - na
wschód od Odry.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Jako zupełne novum musiał on wzbudzać liczne kontrowersje i
trudne do przezwyciężenia opory. Na pewno wielkim problemem
był pierwszy pogrzeb. Łatwo sobie wyobrazić niechęć do
chowania bliskich z dala od ludzkich siedzib, w szczerym polu,
"jak zdechłe psy". Awersję tą musiała żywić
przede wszystkim zamożna część mieszczaństwa,
przyzwyczajonego do pochówków w kościele. Zapewne, aby
przełamać opory obywateli, dobrym przykładem, burmistrz Piotr
Deutschlender, sojusznik Herbergera, zdecydował się pochować
na nowym cmentarzu zmarłą żonę Małgorzatę. Z okazji tego
pogrzebu doszło do uroczystego poświęcenia cmentarza. Odbyło
się to dnia 25 lutego 1609 r.
Ostatecznie wszelkie wątpliwości rozwiała zaraza, która
nawiedziła miasto w 1609 r., i następnie w 1613 r., zbierając
obfite żniwo - 2130 istnień ludzkich. W czasie szalejącej
epidemii przestrzeganie przyjętych od wieków zwyczajów
pogrzebowych stawało się nieistotne. Ludzi grzebano
gdziekolwiek: na podwórkach, w ogrodach; porzucone trupy nieraz
walały się po ulicach, stanowiąc żer dla zgłodniałych
zwierząt i łatwy łup dla zwyrodniałych rabusiów
okradających zwłoki. Potworne miazmaty wydzielane przez
rozkładające się zwłoki i strach przez zarażeniem wyganiały
żywych w pobliskie lasy. Całe miasto stawało się jednym
wielkim cmentarzyskiem.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Układ przestrzenny i niektóre rozwiązania architektoniczne
nowej nekropoli nawiązywały do koncepcji włoskich cmentarzy
średniowiecznych, Campo Santo. Nie było to czymś szczególnym;
inne powstające wówczas cmentarze protestanckie również
naśladowały włoskie wzory. Przykładem może być Campo Santo
w Jeleniej Górze, Halle, czy Pirnie pod Dreznem. Także na XVII
- wiecznym niewielkim cmentarzu w Kożuchowie można doszukać
się włoskiego rodowodu. Kompozycja przestrzenna tego typu
cmentarza oparta była w założeniu wirydażowym. Stanowiło je
połączenie czworobocznego dziedzińca i ogrodu otoczonego
otwierającymi się do wewnątrz krużgankami, w których na
wewnętrznej ścianie umieszczano tablice epitafijne.
Pole cmentarne otoczono solidnym murem. Stwarzał on symboliczne
asocjacje z murem kościelnym oraz murami miasta. Takie
rozwiązanie sematyczne miało zapewne ważne znaczenie
psychologiczne, pozwalało bowiem o wiele łatwiej pogodzić się
z odejściem od dotychczasowej tradycji; zmarłych wywożono poza
mury miasta, ale grzebano w obrębie murów "miasta
zmarłych". Wiele wskazuje na to, że tak skomponowany
cmentarz symbolizował raczej Niebieskie Jerusalem, będące
celem i końcem sprawiedliwego życia, a nie przeciwstawny mu
często w ówczesnej symbolice Ogród Rajski, odnoszony zgodnie z
Biblią do początków rodzaju ludzkiego. Miasto stanowiło
symbol boskiego ładu i porządku. Było miejscem bezpiecznym dla
tych, którzy przestrzegali prawa bożego. Do tego miejsca,
chronionego przez boską sprawiedliwość prowadzi brama, symbol
przejścia z jednej strefy do innej - z życia doczesnego do
wiecznego. Tę bramę prowadzącą do prawdziwego życia w
niebieskim mieście, może przekroczyć jedynie czlowiek pełen
wiary, który za życia stosował się do nauk zawartych w
Piśmie św. Wszak Chrystus mówi o sobie:" Jam jest brama,
jeśli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony".
(J.9.10.)
|
Ta symbolika przedstawiona jest plastycznie w epitafium znanego
wschowskiego pastora i historyka, Samuela Friedricha Lauterbacha.
|
W cyklu czterech emblematów zawarta jest chrześcijańska
alegoria losu ludzkiego. Ukazany jest on jako wędrówka
rozpoczynająca się i kończąca w boskim mieście,
ponadczasowym, wiecznie trwającym Jerusalem. Centralne miejsce
tego symbolicznego przedstawienia zajmuje warowny gród z
otwartą basztą bramną, którą opuszcza pielgrzym z tobołkiem
na plecach.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
W prawej trzyma kostur, w lewej otwartą księgę - Biblię.
Napis (lemma) na bordiurze ikony głosi: "terra valle".
Na kolejnej ikonie, ten sam wędrowiec przemierza porośnięte
jedynie ciernistymi krzakami, wydmowe piaski pustyni; na niebie
szaleje burza z piorunami. Brak lemmy, scena jest dostatecznie
czytelna, wymowne jest też umieszczenie jej na samym dole
płyty. Na ikonie następnego emblematu, z napisem "Te duce
non erro", zgarbiony podróżnik z pustym tobołkiem
przewieszonym na kiju, trzymając w obu dłoniach Biblię,
zmierza z wysiłkiem pod górę. Wreszcie odrzuciwszy pusty
worek, symbolizujący marność dóbr doczesnych, dochodzi do
kresu pełnej trudu i cierpienia wędrówki. Tym upragnionym
celem, który dzięki Świętej Księdze osiąga strudzony
wędrowiec jest grodowe miasto niebieskie w obłokach:
"Coellum salve". Otwarta brama baszty zaprasza do
wnętrza. Kończy się pielgrzymka, koniec staje się
początkiem, początek końcem. Odwieczny wąż Ouroburus gryzie
własny ogień.
Ponieważ znaczenie symboliczne miasta, w niektórych kontekstach
stawało się tożsame z symbolika świątyni, można przyjąć,
że mur cmentarny utożsamiano zarówno z murem miejskim, jak i
kościelnym. Takie symboliczne przeniesienie spowodowało, że
mury cmentarza zarezerwowane były dla możnych obywateli
civitas. Umieszczano na nich, podobnie jak na ścianach
świątyni, kamienne tablice epitafijne członków miejskiej
elity: burmistrzów, kasztelanów, dostojnych rajców, miejskich
jurystów, wielebnych pastorów, medyków, scholarów, wodzących
rej w mieście kupców oraz dumnych ze swego rzemiosła mistrzów
cechowych. Wielu z nich posiadało staranne wykształcenie,
studiowało w słynnej frankfurckiej Viadrina lub podejmowało
podróże w celach naukowych do miast niemieckich, holenderskich,
francuskich, włoskich. Obywatelstwo pośledniejszego sortu
(plebs) znajdowało dla siebie miejsce wiecznego spoczynku w
dołach zbiorowych mogił zwanych pożeraczami ciał.
Pochłaniały one zarówno doczesne szczątki, jak i wszelką
indywidualna pamięć.
Cmentarz wschowski posiada skomplikowaną strukturę
semantyczną, elementami której są nie tylko dzieła plastyczne
i architektura, lecz również roślinność. Na samym środku
Campo Santo znajduje się grób słynnego (orbi notus) pastora,
Walerego Herbergera i nie jest to wcale miejsce przypadkowe;
posiada ono ważne znaczenie symboliczne. Centralnym punktem
miasta chrześcijańskiego był Dom Boży - świątynia, w niej
zaś ołtarz, miejsce Najwyższej Ofiary. W zborze, po odrzuceniu
przez protestantów liturgii katolickiej, najważniejszym punktem
sakralnej przestrzeni była ambona, miejsce z którego magister
głosił wiernym objawione w Biblii boskie prawdy. Na wschowskim
Kirchofie ten element rzeczywistości semantycznej miasta i
kościoła znajduje swe wyraźne odbicie. W centrum pola
cmentarnego stoi tzw. Kapliczka Pastorów, a tuż obok rośnie
prastare drzewo, Lipa Herbergera (Herberger - Linden), posadzona
w chwili pogrzebu na grobie "Małego Lutra".
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Jak głosi miejscowa legenda, posadzono ją do góry korzeniami,
co miało podwójne, symboliczne znaczenie. Z jednej strony
obrazowało wyjątkowe nowatorstwo pastora, jego wywrotowy
charakter, z drugiej , mogło oznaczać, że ziemskiej dzieła Herbergera, owoce jego twórczego
życia brały się z Łaski Bożej; korzenie wydającego na ziemi
plon drzewa czerpią swą moc z nieba. Ta ostatnia interpretacja
koresponduje z biblijnym wersetem, jaki kazał wyryć sławny
pastor na swoim epitafium: "Cieszcie się, że wasze imiona
zapisane są w niebie" (Łuk. 10:20). Nieprzypadkowo też
wybrano lipę, którą z dawien dawna uważano za ucieleśnienie
centrum społeczności, a także budowli rozmaitego rodzaju (lipa
sądowa, cmentarna, studzienna, wioskowa). Interesujące z punktu
widzenia semantyki jest to, że lipa Herbergera tworzy tzw.
biogroupę "jest drzewem trójpiennym. Trójka jest liczbą
najświętszą. Trójjedność symbolizuje największą z prawd
chrześcijaństwa - tajemnicę Trójcy Świętej. Przy okazji
warto wskazać na pewien fakt botaniczny. Otóż lipa jest
drzewem posiadającym zdolność do ciągłego odradzania się
dzięki tzw. pączkom śpiącym. Teoretycznie jest to więc
drzewo nieśmiertelne. Trudno dziś bez szczegółowych badań
dendrologicznych określić wiek otoczonego czcią drzewa.
Uwzględniając ponadprzeciętną żywotność okazów rosnących
w biogrupach, możni uznać, że jest to rzeczywiste egzemplarz
drzewa posadzony na ciebie pastora w chwili pogrzebu, a więc
18.05.1628 r. Jednak równie dobrze, może to być drzewo
pozostałe jako odrost z pączków śpiących obumarłego
wcześniej okazu. Byłby to żywy symbol zmartwychwstania,
wiecznego odradzania się życia, piękny emblemat,
potwierdzający niezachwianą wiarę słynnego pastora w
nieśmiertelność. Zgodnie z prastarymi wierzeniami, Herberger
żyje do dziś w zmienionej postaci (metapsychoza) w drzewie,
które korzeniami czerpie soki z jego mogiły.
Wyprowadzenia cmentarza za miasto nie pociągnęło za sobą w
sposób mechaniczny nagłej zmiany w mentalności mieszkańców.
Nadal był czynny cmentarz przy farze. Poza tym Wschowa była
miastem niewielkim, kontakt ze zmarłym nie kończył się na
uroczystościach w kościele. Tutaj przyjął się zwyczaj, że
po egzekwiach odprawianych w świątyni, przed złożeniem
zmarłego do grobu, obwożono go w ostatniej pożegnalnej
podróży po całym mieście. Mimo wymuszonej przez życie zmiany
odwiecznego obyczaju, ludzie żyli jak dawniej, więc i śmierć
pozostała nadal pełnoprawnym obywatelem miejskiej wspólnoty.
Jednakże zauważyć można powolne narastanie dystansu wobec
śmierci. Stopniowo przestała być czymś powszednim, zwykłym.
Stała się, jak widać to na epitafiach, intelektualnym
problemem, zagadnieniem teologicznym o kluczowym znaczeniu.
Artystycznie wykonane tablice epitafijne zaczęły pełnić
funkcje eschatologicznych traktatów, angażujących intelekt i
wyobraźnię przechodnia. Blisko 200 XVII i XVIII-wiecznych
kamiennych epitafiów osadzono w murze cmentarnym w ambitach i
kaplicach, stanowi najważniejszą część wschowskiego
kirchofu. Stosunkowo dobrze zachowane, są trudnym do
przecenienia skarbem dziedzictwa kulturowego nie tylko dla
Wschowy. W tej kamiennej księdze zawarte jest wielkie bogactwo
informacji o dziejach miasta i losach jego mieszkańców.
Kamienie epitafijne realizują podwójny cel: kommemoratywny i
moralizatorski. W swej warstwie inskrypcyjnej służą
upamiętnieniu osoby zmarłego, opisują najważniejsze fakty z
jego życia: daty urodzin i śmierci, małżeństwa, -koligacje
rodzinne, zdobyte wykształcenie, uprawianą profesję,
ważniejsze podróże, nie rzadko też ukazują malowany lub
rzeźbiony portret zmarłego. Bywa. że przedstawiają w
barokowy, rozwlekły sposób cały życiorys: młodość,
wychowanie, lata dojrzałe, cechy charakteru, zasługi i
dokonania, podają imiona rodziców, małżonków, dzieci a nawet
wnuków. W relacjach pisanych kwiecistym, napuszonym stylem,
można znaleźć fragmenty żywe, przesycone uczuciem. Z reguły
autorami tych napisów lub całych epitafiów byli ich
"bohaterowie". To oni, często na długo przed
śmiercią, obmyślali treść i kompozycję ostatniej,
pośmiertnej, publicznej wypowiedzi.
Inskrypcje pisane są w większości w języku niemieckim, lecz
sporo jest równie łacińskich, głównie z pierwszej połowy
XVII w. Wprowadzenia i zakończenia są różnorodne np.: "Hier
erwartet der fröhlichen Aufferstehung" (Tu oczekuje
radosnego zmartwychwstania). Często napis adresowany jest do
przechodnia, np.: "Siehe mich nicht an werter Leser ohne
Betrübnis und naße Augen" (Nie spoglądaj na mnie, drogi
czytelniku, bez żalu i płaczu) Czasami dowiadujemy się czegoś
o fundatorze nagrobka lub autorze inskrypcji: "Unsterhliche
Sterblichkeit setze aus unsterblicher Liebe der Hoch Edle Herr
Hr. - Andreas Renffel Seiner sich nach dem Tode unsterblich
gemachten Fr. Eh. Gemahlin" (Nieśmiertelna
śmiertelność, z nieśmiertelnej miłości stawia to wielce
szlachetny pan Andreas Renfftel swej małżonce).
|
Bywa, że przez konwencjonalną poetykę przebija ukryty dramat
śmierci, jak to ma miejsce w przypadku inskrypcji na jedynym
znajdującym się na wschowskim kirchofie sarkofagu. Napis brzmi:
"Tu spoczywa skarb rodziców, miłość rodzeństwa,
rozkosz dla oczu najukochańszych osób, pani Dorothea
Kaldenbahin, z domu Teupitzin. 9 grudnia 1655 przyszła na ten
świat we Wschowie, dobrze wychowana. W błogosławionym stanie
małżeńskim przeżyła 42 tygodnie, żyjąc po
chrześcijańsku, 29 lipca wszakże roku 1673 po ozdrowiemu jej
młodej córki w swym młodym ale chwalebnym wieku lat 17 mocą
woli bożej spokojnie i szczęśliwie zmarła i pochowana
została. Drogi czytelniku, uczcij ten popiół zmarłego ciała
i gotuj się do śmierci". Dalej w osobnym wierszu:
"Nie opłakujcie ciała, które przemija / Zważcie iż wy
także / Szczęśliwy, kto z Bugiem po śmierci swej powstaje
/Ten wiecznością rozkoszować się będzie /w raju".
Poza upamiętniającą osobę zmarłego inskrypcją, znaczna
liczba epitafiów posiada przedstawienia emblematyczne, mające
charakter dydaktyczno- moralizatorski. Symboliczne obrazy miały
apelować do żywych, przypominając im o znikomości życia
doczesnego, które powinno być przygotowaniem do świata
eschatologii, zwracały uwagę na najistotniejsze prawdy
religijne, nawoływały do praktykowania cnót
chrześcijańskich, wzmagały wiarę we wszechmoc Łaski Bożej,
wreszcie pocieszały wizją wiecznego żywota. Emblematy (gr.
emblema-ozdoba) stanowiły specyficzny system znaczeniowy, rodzaj
uniwersalnego kodu wyrażającego abstrakcyjne treści przy
pomocy inskrypcji i środków plastycznych.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Sztuka emblematyki rozpowszechniona szczególnie w XVI i XVII w.,
znalazła również szerokie zastosowanie w ikonograficznej
praktyce protestanckiej. Na przedstawienie emblematyczne
składała się ikona (Sinnbild) i lemma (Wahlspruch); obie
współtworzyły symboliczną fabułę, którą opisywał i
wyjaśniał stosowny epigram. Emblematy na epitafiach umieszczano
zwykle na narożach płyt, czasem nad lub pod bordiurą
inskrypcyjną. Częścią układu emblematycznego, złożonego
nieraz z kilku elementów bywały także alegoryczne postacie
flankujące boki płyty. Przedstawienia symboliczne na kamieniach
wschowskiego cmentarza są różnorodne, mimo że pewne motywy
wielokrotnie się powtarzają. Niektóre z nich bywają
skomplikowane i zagadkowe, trudne do odczytania zgodnego z
intencją autora. Pełne ich zrozumienie wymaga niekiedy od
odbiorcy znacznej wiedzy humanistycznej i hermeneutycznej
intuicji. Część epitafiów, poza swą czysto semantyczną
wymową, oddziaływuje również na emocje widza przy pomocy
ekspresyjnej formy wanitatywnych wyobrażeń, które nie tylko
pouczają, lecz także poruszają. Te nieraz makabryczne, typowo
barokowe obrazy wywołują u widza uczucie grozy, bądź
przerażenia. Kamienne płyty były niegdyś polichromowane, co
potęgowało jeszcze ich silę oddziaływania, zwłaszcza na
ówczesnych ludzi, poruszających się w nieporównywalnie
uboższej ilościowo ikonosferze, przez co o wiele bardziej na
nią wrażliwych.
|
Ciekawym przykładem zastosowania emblematyki w sztuce
sepulkralnej jest epitafium Mateusza Lamprechta. Był on
członkiem zamożnej, zasłużonej dla miasta rodziny, która na
cmentarzu posiada osobne obejście z kolekcją 17 barokowych
płyt reprezentujących wysoki poziom sztuki kamieniarskiej.
Mateusz Lamprecht był barwną postacią. Studiował różne
nauki, przede wszystkim filozofię i medycynę. Ówczesny lekarz
prócz wiedzy i umiejętności niezbędnych do wykonywania
zawodu, musiał także osiągnąć mądrość. Lamprecht wiele
podróżował. Zwiedził prawie całą Europę; był w Batawii,
czyli obecnej Holandii, Anglii, Galii, by po latach jak informuje
inskrypcja, powrócić do Wschowy. Interesujące, że w
epitafijnej biografii tego XVlI-wiecznego obieżyświata
pominięto, jako nieistotne szczegóły, daty jego urodzin i
śmierci. Emblematy charakteryzują zmarłego w dwóch aspektach,
jako lekarza i filozofa. Po bokach płaszczyzny inskrypcyjnej
stoją na konsolkach dwie postacie, personifikacje obu profesji.
Z lewej strony jest to dostojny brodaty starzec ubrany w
purpurowy kontusz w żółtej czapie na głowie. Trzyma on w
jednej ręce laskę Asklepiosa - atrybut lekarza, w drugiej zaś
więdnący kwiat symbolizujący chorobę i przemijanie. U stóp
mężczyzny leży jeleń, symbol długowieczności,
nieśmiertelności, zdolności do wiecznego odradzania się;
oznacza on także gotowość niesienia pomocy i walki z ciemnymi
siłami. Nad głową starca znajduje się emblemat z napisem
"Experientia" (doświadczenie), pod stopami napis
"Artem inchoawit", co w połączeniu można odczytać
następująco: doświadczenie daje początek wszelkiej sztuce. W
górnym lewym rogu płyty znajduje się emblemat z ikoną
przedstawiającą sekcję zwłok; na stole leży trup z rozprutym
brzuchem, z którego wylewają się wnętrzności.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Na niebie zwały chmur, przez które przebijają się promienie
słoneczne. Napis głosi: "Anatome oculus medicine" -
anatomia (sekcja) światłem (okiem) medycyny. W dolnym lewym
rogu płyty pomieszczono emblemat z ikoną przedstawiającą
trupią- czaszkę. Znajduje się ona pod powierzchnią ziemi. Z
wierzchołka czaszki wyrastają na kształt korony kłosy
zbożowe. W otoku widnieje napis "Caro in spe" (ciało
w nadziei). Wiek mężczyzny świadczy o jego wiedzy i
mądrości. Purpura szaty (kolor zachował się
dziękiwyjątkowej trwałości barwnika uzyskiwanego ze
ślimaków szkarłatników) jest symbolem życia, gdyż
przypomina życiodajną krew. Żółć (kolor żółty zachował
się podobnie jak purpurowy, dzięki trwałości użytego
barwnika, w tym przypadku szafranu, substancji uzyskiwanej ze
słupków kwiatowych krokusów), analogicznie jak złoto, oznacza
światło poznania, jako kolor dojrzałego zboża symbolizuje
również rozsądek dojrzałego wiek. Powyższy, lewostronny
układ emblematyczny odczytać można w następujący sposób:
powołaniem lekarza jest pomagać bliźniemu przywracając mu
zagrożone zdrowie. Podobnie jak jeleń, który uważany był za
wroga i tępiciela jadowitych węży, lekarz nie zważając na
niebezpieczeństwa związane z wykonywaniem zawodu, ma obowiązek
walczyć ze złymi mocami wywołującymi choroby i śmierć. Aby
osiągnąć potrzebną do tego wiedzę i mądrość winien on
eksperymentować; podstawą wykształcenia każdego medyka jest
empiryczna anatomia. Należy tedy odrzucić dotychczasowe zakazy
i przesądy i poznawać doświadczalnie tajemnice ludzkiego
ciała, decydując się na sekcję zwłok. Anatom nie powinien
mieć większych zahamowań, ponieważ pozbawione nieśmiertelnej
duszy zwłoki są marnością. Bezlitośnie palące słońce i
susza szybko niszczą grzeszną ludzką powlokę jednocześnie
zbawiając duszę (obelisk). W ikonie tej uwidacznia się ostra
opozycja pomiędzy znikomością i marnością ciała a
niezniszczalnością i chwałą duszy ludzkiej. Kontrast ten
został osiągnięty przez zestawienie doskonałej, pionowo
ustawionej figury geometrycznej, sporządzonej z kamienia
(synonimu niezniszczalności) z poziomo ułożonym, miękkim,
tracącym formę trupem. Skoro pustynia szybko pożarłaby
zwłoki, można bez żadnej szkody dla nieśmiertelnej duszy
dokonywać na nich eksperymentów medycznych. Ciało choć ulega
rozpadowi może mieć nadzieję na zmartwychwstanie w Dzień
Sądu. Po prawej strome naprzeciw starca stoi na konsoli kobieta
będąca uosobieniem rozumu. Personifikuje ona drugie zajęcie
Lamprechta - filozofię. W prawej ręce trzyma wagę, symbol
dialektyki (jednej z siedmiu sztuk wyzwolonych), odmierzającą
prawdę i fałsz. W drugiej ręce dzierży zapaloną pochodnię,
oznaczającą światło boskiej mądrości rozpraszającej mroki
ludzkiej niewiedzy. Nad głową kobiety napis: "Ratio",
rozum, wiedza teoretyczna. Pod jej stopami drugi napis:
"Faccem alluet", co razem daje epigram - rozum zapala
światło pochodni. W górnym prawym rogu znajduje się emblemat
z ikoną przedstawiającą pustynię. Była ona pojmowana w
ówczesnej symbolice jako dziedzina słońca nie tworzącego
życia, ale występującego jako czyste niebiańskie
promieniowanie symbolizujące wiecznego ducha.
Na piaskach pustyni stoi obelisk sięgający wierzchołkiem
nieba. Oznacza on zmaterializowane promienie boskiej mądrości-
W głębi na jednej nodze stoi bocian - symbol kontemplacji i
filozoficznych rozważań. Napis na kartuszu głosi: "Deo
duce comite labore" (Bóg towarzyszy i przewodzi
wysiłkowi). W dolnym prawym rogu umieszczono popularny symbol
wanitatywny, skrzyżowane piszczele, nad nim widnieje napis
"memento leti" (pamiętaj o śmierci).
Wymowa tego układu emblematycznego jest dość oczywista.
Obowiązkiem każdego filozofa jest dążenie do prawdy, zaś
właściwą drogą poznania jest dialektyka. Stanowi ona
umiejętność pozwalającą odróżnić prawdę od fałszu
(waga). Filozof, podobnie jak bocian, "czyściświat",
tępiący wszelkie podziemne robactwo powinien zwalczać
powstające w ciemnościach nieoświeconych umysłów kłamstwo i
zabobon. Warunkiem koniecznym osiągnięcia prawdy jest dotarcie
do pustyni, pustki w sobie samym, do najgłębszych pokładów
ludzkiej duszy, gdzie nie ma nic prócz Boga. W tym wysiłku
możemy liczyć na boskie przewodnictwo i pomoc. Poszukując
prawdy należy pamiętać o znikomości życia. Dla mędrca
powinno być ono jedynie przygotowaniem do śmierci, gdyż celem
i sensem ludzkiego losu jest połączyć się z Bogiem. Oba
pionowe układy emblematyczne u góry łączy zniszczony obecnie,
portret Lamprechta, na dole zaś wiąże je kartusz z
następującą sentencją: "In Spe Caro rapta Qviescit inqve
Spectabo Cupitum", co można przetłumaczyć: ciało zabrane
(przez śmierć) spoczywa pełne nadziei na przyjście
upragnionego (Pana).
Stopniowo, wraz z przybywaniem nowych tablic epitafijnych,
stawał się cmentarz coraz bogatszą księgą "Ars
Moriendi", publicznym podręcznikiem uczącym ludzi prawd
ostatecznych.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Pomagając przygotować się do śmierci, najważniejszego
momentu życia, pouczała ona jednocześnie jak dobrze i
sprawiedliwie żyć. Język alegorycznych obrazów i symboli był
uniwersalnym kodem zrozumiałym dla wszystkich. Tylko przy jego
pomocy można było wyrazić to, co wymykało się opisowi
dyskursywnemu. Na cmentarnych kamieniach pełno jest różnych
symboli odnoszących się do odwiecznych prawd bytu ludzkiego.
Lecące w stronę słońca na ptasich skrzydłach serca, latarnie
morskie pośród wzburzonych fal, aniołki wypuszczające bańki
mydlane, amorek zdejmujący zużytą koszulę, jak dusza
śmiertelnie chore ciało, retorty alchemiczne mówiące o
możliwości całkowitej przemiany, wąż Ouroburus pożerający
własny ogon (symbol nieskończoności), złamane drzewo, uschły
krzak róży, wazon pełen kwiatów, emblemat cudownej harmonii
bytu - wielość w jedności, często pojawia się motyw czaszki
zwieńczonej koroną z kłosów zbożowych; są też czaszki z
wychodzącymi z oczodołów wężami, kotwice, muszle i wiele
innych wyobrażeń symbolicznych, obciążonych bogactwem
znaczeń, które niestety wymykają się poznaniu dzisiejszego
przechodnia.
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
W miarę upływu lat stawał się też wschowski kirchof
zapisem dziejów Wschowy galerią przodków, którzy tworzyli jej
dzieje. Tą szczególną historię podpisywali prawie wszyscy
mieszkańcy. Blisko 20 pokoleń Wschowian urzyźniło swymi
ciałami ten kawałek ziemi. Pamięć o tym powinna mieć
określone znaczenie dla obecnych obywateli małej wschowskiej
ojczyzny. Koleje losu przeszłych pokoleń, ich przekonania,
nadzieje, obyczaje, gusty, stosunek do świata, to wszystko trwa
odciśnięte w kamiennych tablicach i w dalszym ciągu ma moc
przemawiania i wywoływania wzruszeń. Dzięki unwersalizmowi
języka archetypów i symboli, pozwala współczesnemu
człowiekowi zagubionemu w chaosie szumów informacyjnych,
dotrzeć do "najgłębszej rzeczywistości życia i własnej
duszy".
![]() Fot. Andrzej Przewoźny |
Na wschowskim świętym polu znaleźli miejsce wiecznego
spoczynku wszyscy - wielcy, mali, biedni, bogaci; przedstawiciele
różnych nacji, wyznań i zawodów. Leżą tu w pokoju pogodzeni
sprawiedliwą śmiercią, o której wiedzieli znacznie więcej
niż my. Dramat tego symbolicznego skrawka ziemi polega na tym,
że na skutek przestrzennego rozwoju miasta znalazł się on
wśród społeczności żywych. Powikłane losy historii
sprawiły, że z chwilą, gdy przemkną do miasta, został przez
nie odrzucony jako coś obcego i wrogiego. Martwi zapłacili
wysoką cenę za błędy żywych. Agresja części pokrzywdzonych
i zdemoralizowanych przez ostatnią wojnę nowych mieszkańców
rozładowała się na tych, którzy pozostali. Rozkopano groby,
porozbijano sarkofagi i grobowce, powywracano nagrobki. Przez
długi czas, powyciągane i obrabowane przez hieny cmentarne
trupy, walały się na porośniętej zdziczałą roślinnością
powierzchni zabytkowego cmentarza. Po latach zaczęło się
specyficzne oswajanie zrujnowanego kirchofu. Ustronny, otoczony
wysokim murem, porośnięty gęstymi krzakami stanowił
wymarzoną domenę miejscowych mętów. Kaplice grobowe stały
się pijackimi melinami, wnętrza grobowców służyły za
kryjówki miejscowym złodziejaszkom, niektóre z nich
zaadaptowano na paserskie magazyny. Również liczni swego czasu
we Wschowie makowi narkomani znaleźli tu dla siebie wymarzony
azyl. Niejedna żelazna makówka, symbol wiecznego snu,
zniknęła z secesyjnych kratek grobowych stając się
oryginalnym amuletem miłośników "odlotu". Wśród
cmentarnych krzaków idea tajemnego związku Erosa i Tanatosa
znalazła dość powszechne urzeczywistnienie. Wielu młodych
Wschowian właśnie tu zrobiło swój "pierwszy krok w
chmurach".
![]() Fot. Bogdan Marciniak |
Ten stan trwał prawie 30 lat, do momentu, kiedy pod koniec lat
70-tych zapadła decyzja o utworzeniu z kłopotliwego zabytku
wzorcowego Muzeum Rzeźby Nagrobnej, krótko mówiąc -
lapidarium. Szumu wokół tego niebywale nowatorskiego pomysłu
było co niemiara. Dość szybko wyszło na jaw, że autor tej
koncepcji jest kompletnym dyletatnem i tylko swym układom we
władzach zawdzięczał otrzymanie tak poważnego zlecenia, jak
przeprowadzenie prac rewaloryzacyjnych na wschowskim cmentarzu.
Trzyletnia działalność warszawskiego "konserwatora"
zrobiła więcej szkód w zabytkowej strukturze zabytku niż 30
lat działalności miejscowych chuliganów. Amatorska próba
przekształcenia cennego, historycznego obiektu, niezależnie od
intencji pomysłodawcy, okazała się "dramatyczną
dewastacją zabytku wysokiej klasy".
Prace "rewaloryzacyjne" mimo ogromnych szkód, jakie
spowodowały, nie zniszczyły istotnej materii cmentarza, jaką
jest kolekcja blisko 200 XVII i XVIII- wiecznych epitafiów. W
dalszym ciągu stanowi ona bezcenną kronikę miasta,
zawierającą bogactwo informacji o jego dziejach.
Wschowski cmentarz posiada ważne znaczenie symboliczne dla
byłych i obecnych mieszkańców Wschowy. Na polu cmentarnym
leżą dziesiątki pokoleń obywateli miasta - twórców jego
świetnej przeszłości. Z wypracowanych przez nich w ciągu
setek lat wartości materialnych i duchowych korzystają
dzisiejsi Wschowianie. Odrzucając nacjonalizm muszą oni
przyznać, że nie są bezpośrednimi spadkobiercami tego
kulturowego dziedzictwa, l nie ma w tym przypadku żadnego
znaczenia fakt przynależności Wschowy do Polski przez
większość lat jej istnienia. Wszyscy obecni mieszkańcy, to
powojenni osadnicy, lub ich potomkowie, wszyscy oni uważają
Wschowę za swą małą ojczyznę, i są z nią związani
emocjonalnie.
![]() Konserwacja jednego z obelisków (Fot. Andrzej Przewoźny) |
Jednakże życie ludzkie przebiega nie tylko w czasie
teraźniejszym. Im wyższa kultura życia społecznego tym
bardziej ważna dla jej uczestnika staje się historia.
Mieszkańcy Wschowy i Fraustadt powinni zasypać rów wykopany
przez wydarzenia ostatniej wojny w poprzek linii dziejowej
miasta. Tylko wtedy, gdy polscy wschowianie podadzą rękę w
geście pojednania b. niemieckim mieszkańcom Fraustadt, może
zostać przywrócona w sensie symbolicznym i moralnym
ciągłość dziejów Wschowy. I tylko wtedy polscy mieszkańcy
Wschowy będą mogli poczuć się w pełni prawowitymi
spadkobiercami tego wielowiekowego dziedzictwa, jakim jest ich
miasto. Natomiast mieszkańcy Fraustadt przyjeżdżając do swego
rodzinnego miasta nie będą się tu czuli jak nieproszeni
goście, trwożliwie dopatrując się w każdym geście
przechodnia ukrytej niechęci czy wrogości. Gest pojednania w
stosunku do byłych wschowian obowiązuje również w odniesieniu
do tych, którzy leżą na starych wschowskich cmentarzach. To
właśnie im zawdzięczamy nasze historyczne dziedzictwo, i jako
ich dłużnicy oraz spadkobiercy winniśmy im szacunek i
należną opiekę. Póki nie jest za późno.
Pobierz materiały z konferencji PROTESTANCKA PRZESZŁOŚĆ WSCHOWY (Wschowa 23-24 września 2004 r.)