Marek Chwistek
Kamienna kronika

"Anno 1945, wędrówka ludów. Ostatni pogrzeb na Campo Santo. Ostatni transport expatriantów z Fraustadt przekracza Odrę, pierwszy transport expatriantów z Oszmiany na stacji Wschowa". Zwięzły, beznamiętny napis. Tak kończy się rozpoczęta w 1381 r. anonimowa kronika miasta dwojga imion Fraustadt - Wschowa, nosząca dziwny tytuł: " Das Tagebuch v. Spchatavtza Oblatku Frau. AD 1381" ("Dziennik Wschowskiego Sprzedawcy Opłatków"). Lakoniczność tej krótkiej, jak epitafium notatki wydaje się być miara poczucia beznadziejności i rezygnacji w obliczu dziejowej katastrofy. Pisząc o ostatnim pochówku, ostatni autor "Das Tagebuch" wyraził w symboliczny sposób przekonanie o jednoczesnym pogrzebie miasta, swojego miasta. Dla niego kończy się historia Fraustadt, zaczyna się historia Wschowy, może więc złamać swe kronikarskie pióro i uznać "Das Tagebuch" za dzieło skończone.
Cmentarz - cień miasta, miasto cieni - zaludnione przez inne byty, których utajony żywot jest związany ze światem żywych nicią wspólnego losu i odpowiedzialności za świat, będący ich wspólnym udziałem i dziełem zarazem. To głęboko zakorzenione, prastare przekonanie o trwaniu życia mimo śmierci, o wiecznej jedności ducha z materią, było i jest podstawą miłości i przywiązania do określonego miejsca, do małej ojczyzny - tego skrawka ziemi, na którym spoczywają prochy ojców.
Z chwila śmierci miasta umierają jego cmentarze. Ta prawda znalazła swe dramatyczne potwierdzenie we Wschowie, w mieście cmentarzy, jak je kiedyś nazywano. W swych długich dziejach - zagmatwanych i pełnych zawirowań, Wschowa doświadczyła wielu nieszczęść: liczne pożary, powtarzające się zarazy, spustoszenia wojenne, plagi nieurodzaju i głodu, zapaści gospodarcze. Ale wszystko to nie da się porównać z gwałtownym załamaniem historii miasta, jakie nastąpiło z końcem II wojny światowej.
Miasta nie tworzy jedynie materialna substancja - domy, ulice, budynki publiczne. Jest ono przede wszystkim żywym organizmem społecznym, ukształtowanym w długim procesie historycznym. Każda społeczność miejska posiada specyficzna świadomość, w której sumują się doświadczenia i wiedza minionych pokoleń. Przeszłość nie tylko uzewnętrznia się w zabytkach materialnych miasta; dostrzec ją można również w mentalności jego mieszkańców. Przejawia się w ich sposobie bycia, wyglądzie, języku, obyczaju. Złożona struktura międzyludzkich relacji nieformalnych i instytucjonalnych to również produkt historycznych ewolucji. Historyczno - kulturowa przestrzeń nie tylko otacza członków miejskiej wspólnoty, ale ich też wypełnia. W momencie, gdy żywa materia miasta ulega unicestwieniu, ginie ono i niszczeje, choćby jego zabudowa nie poniosła żadnego uszczerbku. Pozostaje martwy szkielet mogący służyć jedynie jako przedmiot historyczno - kulturowych eksplikacji; wszelkie próby jego reanimacji są zwyczajnie niemożliwe. Opustoszałe miasto można rzecz jasna zaludnić, odpowiednio przy tym adaptując bogactwo semantyczne martwej substancji, jednakże nowopowstały organizm miejski, choćby nosił tę samą nazwę i funkcjonował w tej samej przestrzeni , posiadał będzie zupełnie inną duszę.
Kiedy znikną mieszkańcy, miasto bezpowrotnie umiera, może do niego wrócić życie, ale nie może się ono odrodzić; jest to nowe życie i nowe miasto. Sztafeta się skończyła, pochodnia zgasła. Martwy szkielet obrasta nową, żywą tkanką. Powstaje nowa społeczność, tworzy się nowe miasto. Jednakże ten proces odbywa się w zastanych ramach. Historyczne formy kulturowe zawarte w zabytkowej strukturze oddziaływują i wymuszają zasymilowanie przeszłości. Dzieje przedstawione w źródłach pisanych łatwiej zafałszować, przystosowując je do potrzeb bieżącej chwili. Prawda historyczna zawarta w układzie urbanistycznym, budowlach, dziełach plastycznych trudniej poddaje się manipulacji. Te świadectwa są znacznie trwalsze, choć trudniejsze do odczytania, to jednak są one o wiele bardziej obiektywne, nadto oddziaływują powszechnie i w sposób ciągły. Człowiek obcując z nimi na co dzień często bezwiednie przejmuje znajdującą się w nich treść.
Nowi mieszkańcy zasiedlając opuszczone domy zmuszeni zostają do przystosowania symbolicznej przestrzeni świeżo objętej siedziby. Musi to rodzić napięcia, którym często trudno sprostać, stąd już blisko do nierzetelnej adaptacji, do minimalizujących konieczny wysiłek prób zakłamania prawdy dziejowej. Jednakże prędzej czy później, prawdzie tej trzeba spojrzeć w oczy, gdyż niczego trwałego nie można zbudować na fundamencie przemilczeń i mistyfikacji.


Fot. Bogdan Marciniak


Ponad 700 - letnia ciągłość rozwoju historycznego Wschowy została gwałtownie przerwana w 1945 r. Podczas niezwykle srogiej zimy cała ludność, nieledwie z dnia na dzień, uciekła w panicznym strachu przed zbliżającym się frontem. " 19 stycznia, jak co tydzień w sobotę wracałem do Wschowy. (...) Zastałem niemieckich mieszkańców spakowanych, siedzących na walizkach. W niedzielę, niekończącymi się karawanami, wszyscy opuścili miasto. Musiała jedynie zostać garstka tzw. "Volkssturmu" i cofających się w nieładzie wojsk niemieckich. Popłoch, chaos i pośpiech z jakim cofano się na Zachód, przypominał nam wrzesień 1939 r. Brakowało tylko samolotów, no i kalendarz się nie zgadzał. Wszystko to trwało do 30 stycznia" - wspomina tamte wydarzenia Tadeusz Galon, Polak przebywający wówczas we Wschowie na przymusowych robotach. Rankiem, 1 lutego, po krótkiej lecz ostrej strzelaninie kompletnie wyludnione miasto zajęła Armia Czerwona. "Nasze dieło priamoje" - głosił wielki napis zachowany do dzisiaj na zewnętrznej ścianie pałacu w pobliskich Jędrzychowicach. Dla prącego na Zachód wojska miasto było tylko etapem na długiej drodze. Było podwójnie obce, bo nie swoje i wrogie.. Zdobywcy panoszyli się w typowo żołdackim stylu - grabili i podpalali. Pożary wybuchały nieomal codziennie. Podpalony przez żołnierzy, zawalił się w gruzy hotel "Czarny Orzeł" - chluba miasta. Spłonęły zabytkowe kamienice w rynku, zniszczeniu uległa cała jego wschodnia pierzeja. Spłonął także do fundamentów piękny budynek starej apteki "Pod Murzynem".
W "wyzwolonej" Wschowie pozostało zaledwie kilkadziesiąt osób, głównie starców i dzieci. Przybywających polskich osadników miasto porażało martwotą, wyglądało jak trup z którego wyciekło życie. "Na pustych, wyludnionych ulicach, na placach i podwórkach czaiła się śmierć. Wszędzie pełno było porzuconej broni, granatów, min i niewypałów" - pisał w swoich wspomnieniach naoczny świadek tych dni, Jan Dekiert. Wrażenie jakie wywoływało opustoszałe miasto, oddaje opis pogrzebu: " szukamy trumny, przenosimy ja na cmentarz. Zmarznięta ziemia nie poddaje się motyce, nie pozwala wykopać grobu, więc dwa dni trwają te prace. Cisza cmentarna i ta w mieście wprawia nas w koszmarny nastrój" (T. Galon). Ale ta "... godzina zero", stan klinicznej śmierci miasta nie trwał długo. " W dniu 9 maja, w święto zwycięstwa znów biliśmy w dzwony, znów padały radosne salwy honorowe. Ale nie byliśmy sami. Nasz skromny pochód oklaskiwały grupki ludzi, patrzący na nas z uśmiechem - nowi mieszkańcy Wschowy. A ludzie ci płynęli i płynęli, powoli zapełniali puste domy przy wszystkich ulicach i placach. Miasto ożyło"(Jan Dekiert).
Zaczyna się nowa historia Wschowy. Powstaje polska administracja, polskie szkoły, uruchomione zostają elementarne urządzenia komunalne. W historycznej przestrzeni, w tworzonej przez wieki zabudowie powstaje inne miasto, bo tworzą je inni ludzie - zbiorowisko doświadczonych przez tragedię wojenną jednostek, które zjechały w to miejsce z różnych stron Rzeczypospolitej. Powstał przedziwny ludzki tygiel, mieszanina tradycji i obyczaju, pomieszanie gwar dzielnicowych i zachowań. Konieczność wzajemnej pomocy przy rozwiązywaniu rozmaitych, podstawowych problemów życiowych rodziła ludzką solidarność, dodatkowo zbliżało do siebie poczucie trwającej nadal niepewności i strach przed nieprzewidywalnymi zagrożeniami. Integrowała wspólna narodowość, język i religia, oraz na zasadzie negatywnej powszechna wrogość do Niemców. "Poznańskie pyry", "zabugole", "galicjoki" starały się stworzyć jednolitą, miejską społeczność.
Nie było to łatwe zadanie. Po euforii wywołanej odzyskana wolnością i odnalezieniem ziemi obiecanej, po zachłyśnięciu się radością tworzenia rzeczy nowych, nastał horror stalinowskiej nocy, czas w którym ledwo wykształcone struktury społeczne ulegały deformacjom, wszelkie zaś wysiłki zmierzające do odtworzenia zniszczonych wojną normalnych związków międzyludzkich zostały zahamowane. Po spustoszeniach wojennych nastąpiło zjawisko wtórnej atomizacji społecznej ze wszystkimi negatywnymi skutkami. Powszechnie zakłamywano historię i tworzono propagandową fikcję na użytek zdominowanej przez ideologię polityki.
W ramach instrumentalnie traktowanej historii pomijano milczeniem istotne fakty z dziejów Wschowy lub wręcz upowszechniano nieprawdę. Kierowano się zasadą, że im bardziej problematyka historyczna oddalona była od czasów współczesnych, tym lepiej dla niej i dla tego, kto się nią zajmował. W ten sposób, paradoksalnie, najlepiej rozpoznany był najstarszy okres dziejów, natomiast wiek XX, to kompletnie biała plama. Szczególną ostrożność należało zachować przy poruszaniu kwestii narodowościowych, a przecież bez uwzględnienia tej problematyki nie sposób powiedzieć nic sensownego o przeszłości tego kresowego miasta. Tworzyli je przedstawiciele różnych narodów europejskich. W gościnnej Wschowie osiedlali się głównie Niemcy, a także Polacy, Żydzi, Czesi, Holendrzy, Szkoci, Włosi - ludzie, którzy porzucili z różnych względów swoje małe ojczyzny, osiedlali się w gościnnej Wschowie, wtapiając się w miejską społeczność, przydając świetności temu królewskiemu grodowi i współtworząc jego specyficzny koloryt.
Nie można ciągle ukrywać i tuszować wszelkimi sposobami oczywistego faktu historycznego, że mimo przynależności Wschowy do polski, od początku średniowiecznej lokacji do 1945 r., była ona zdominowana przez mieszkańców pochodzenia niemieckiego.


Fot. Bogdan Marciniak


W porównaniu z innymi miastami na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, Wschowa była miastem wyjątkowo niemieckim. Traktowanie niemieckiej przeszłości miasta w kategoriach epizodu spowodowanego przez zabór pruski, zacieranie wszelkich śladów niemczyzny w pierwszych latach po wojnie, można uzasadnić i usprawiedliwić traumatycznymi przeżyciami większości nowych obywateli Wschowy oraz całego narodu polskiego. Jednakże późniejsza polityka władz zmierzająca z premedytacją do wymazania wielonarodowej przeszłości miasta, była poważnym nadużyciem, jeśli nie zwykłą próba politycznego fałszerstwa. Ciągłe oficjalne podkreślanie polskości miasta przy jednoczesnym przemilczaniu jego prawdziwego rodowodu, mogło się brać jedynie z irracjonalnych lęków przed rzeczywistą historią oraz z wiary, że publiczne wypowiedzi mogą mieć moc magicznych zaklęć. Jednakże na przeszkodzie tej historycznej propagandzie stały zabytki. Emanując z siebie nieprawomyślne informacje o minionych czasach, nie poddawały się cenzurze naprawiaczy historii. Trzeba więc było z nimi zrobić porządek.
Na pierwszy ogień poszły pomniki i cmentarze. Taka jest już ich dola, że w zmieniającej się historii mogą okazać się szczególnie niepożądanymi świadkami niewygodnych prawd dziejowych. Z pomnikami nie było większych problemów. Ich wymowa była zbyt ewidentna, za bardzo rzucały się w oczy. Zniszczenie tych jednoznacznie niemieckich zabytków uznano za akt sprawiedliwości dziejowej. Do dziś nikt tego nie żałuje. Może jedynie pomnika Bismarcka, ale tylko ze względu na jego imponującą architekturę, chociaż teraz, kiedy stanął na jego miejscu równie okazały pomnik byka, wątpliwości te chyba zniknęły. W późniejszych latach podobny los spotkał jedyny pomnik wzniesiony po wojnie przez nowych mieszkańców Wschowy, a raczej przez jego władze polityczne. Historia zakpiła sobie perfidnie ze swych niedawnych cenzorów. Szkaradny betonowy monument wystawiony w latach 60 - tych na cześć i wieczną chwałę wyswobodzicieli, w następstwie zmian politycznego wiatru, również stał się niewygodną pamiątką. Z wyroku nowych naprawiaczy przeszłości, wiosną 1993 r. został zwalony z cokołu, następnie wywieziony i porzucony na placyku gospodarczym "poniemieckiego cmentarza" Leży tam do dziś, zażywając właściwego w tym miejscu spokoju. Poza kilkoma osobami nikt się tym nie przejmuje, ludzie jedynie zastanawiają się czasem, jaki to nowy pomnik w imieniu "wdzięcznego społeczeństwa miasta", postawią na pustym cokole nowe władze.


Fot. Bogdan Marciniak


Z cmentarzami sprawa była o wiele trudniejsza. W grę wchodził czynnik religijny, obyczajowy oraz zwyczajnie ludzki - tradycyjnie polski szacunek dla grobów. Miejskie nekropole, pomimo, że dokładnie splądrowane i znacznie zdewastowane, najpierw przez zwycięzców, potem przez polskich szabrowników i hieny cmentarne poszukujące skarbów, ukrytych ponoć przez uciekających Niemców w rodzinnych grobowcach, nadal niepokoiły polskie władze.
Pierwszy zlikwidowany został stary cmentarz gminy ewangelickiej na Nowym Mieście. Jego początki sięgały prawdopodobnie XVII wieku, kiedy to starosta Hieronim Radomicki założył na terenie tzw. Ogródków Owczarskich nowy organizm miejski dla napływających tłumnie do Wschowy, w czasie wojny trzydziestoletniej, religijnych uciekinierów z pobliskiego Śląska. Na cmentarzu tym pochowanych zostało wiele znaczących w dziejach miasta obywateli. Tu znajdował się grób słynnego buntownika Daniela Cybona, mistrza cechu sukienników, który stanął na czele powstania pospólstwa przeciwko magistratowi. Po stłumieniu rozruchów przez starostę Rafała Leszczyńskiego, Cybona uwięziono na zamku, po czym z wyroku sądu starościńskiego: "... na Cybonie dekret egzekwowano, onego przez kata na dziedzińcu zamkowym ścięto i ciało na cmentarzu dysydenckim, nowomiejskim pochowano. Był ten Cybon majętnym obywatelem we Wschowie, rodem z Krakowa, tamtejszego kupca synem, którego miał być chrzestnym Jan Sobieski, gdy jeszcze był hetmanem. (..) Osoby magistratowe górę wziąwszy, obrotami kierowały, pospólstwo głowy już nie podniosło. Ten "najokropniejszy rozruch" w mieście miał miejsce w 1677 r. i wywołany był niewłaściwą gospodarką finansową magistratu. Dziś na grobie Cybona stoi stacja benzynowa i budynki mieszkalne. O pierwotnym charakterze tego miejsca świadczy jedynie zachowany fragment parku cmentarnego.
Procesowi postępującego zniszczenia uległ niezwykle ciekawy z punktu widzenia historii obyczajów sepulkralnych, niewielki cmentarzyk nieopodal Parku Wolsztyńskiego. Był to tzw. Armer Sünder Friedhof. Z dawien dawna (być może już od czasów średniowiecza) było to miejsce pochówku różnego rodzaju wyrzutków społecznych, miejscowych pariasów nie mających prawa obywatelstwa, skazańców, samobójców i nieślubnych dzieci. W latach 80 - tych mieszkańcy pobliskiego osiedla pobudowali na tym grzebalnym polu dziesiątki garaży.
Kompletnie zniszczony został cenny dla kultury i historii miasta cmentarz gminy protestanckiej w miejskiej wsi - Przyczynie Górnej. Powstał on, podobnie jak cmentarz staromiejski, w okresie kontrreformacji, kiedy to użytkowany od 1578 r. prastary kościółek, "Rote Kirche", trzeba było w 1642 r. zwrócić katolikom, a wraz z nim przykościelny cmentarz: "


Kościół w Przyczynie Górnej - reprodukcja Marek Chwistek

Nazajutrz po Bożym Ciele w tymże roku (1642) w obecności tychże komisarzy i innych obywateli, kościół z plebanią onemu (księdzu Żegockiemu) oddano, a tymczasowego pasterza dysydenckiego Pawła Klapiusza do nowego dysydenckiego w innym miejscu tej wsi bliżej miasta, po owym dekrecie wprędce w drzewo i lepiankę postawionego kościoła magistrat wprowadził".


Bezpośrednio po wojnie cmentarz zniszczono, nagrobki rozgrabiono używając ich jako materiału budowlanego do różnych celów, stojący zaś obok zabytkowy zbór i dzwonnicę rozebrano ktorejś zimy na opał. Po pewnym czasie zapomniano zupełnie, że na porośniętym trawa i chwastami pastwisku stał kiedyś kościół i znajdował się cmentarz. W latach 80 - tych wytyczono na tym nieużytku działki pod budowę domków jednorodzinnych. Kiedy szczęśliwi właściciele rozpoczęli prace ziemne na swych parcelach, okazało się, że ten plac budowlany jest już zajęty. Pod cienką warstwą gleby natrafiono na grobowce, a w nich na porozbijane trumny z ludzkimi szczątkami. Budowę przerwano. Dziś dzieci z pobliskich domów mają tu dziki plac zabaw. Niektóre grobowce zaadaptowano na śmietniki.
W 1938 r. w czasie Kryształowej Nocy faszystowscy mieszkańcy Wschowy dokonali pogromu Żydów paląc przy tym synagogę na Nowym Mieście. Pomimo całkowitej zagłady żydowskiej społeczności, stanowiącej ok. 10% ludności, nie zniszczono starego kirkutu znajdującego się poza miastem; pozostał on praktycznie nienaruszony do końca wojny. Musiał być bardzo stary, bo Żydzi we Wschowie byli właściwie od zawsze, zaś o innym miejscu grzebania członków kahału nie ma żadnych informacji.
Cmentarz ten niestety również okazał się politycznie szkodliwy. W 1968 r., w czasie reżyserowanej przez władze histerii antysemickiej, splantowano w czynie partyjnym, wschowski kirkut, wywożąc jednocześnie wszystkie maceby na placyk przy ul. Kazimierza Wielkiego. W miejscu tym planowano postawić nowy dom kultury, zaś cmentarne pomniki o podejrzanie syjonistycznym rodowodzie miały być wykorzystane pod budowę jego fundamentów. Budowa jednak nie doszła do skutku. Maceby postanowiono spożytkować inaczej. Posłużyły za kamienie brukowe w nawierzchni ulicy Targowej. Jest ona obecnie ruchliwym deptakiem osiedlowym. Mało kto domyśla się, że pod warstwą asfaltu leżą wprasowane drogowym walcem, inskrypcjami w ziemię, nagrobne pomniki, zabrane z cmentarza unicestwionej społeczności. Na miejscu starego kirkutu rosną już tylko drzewa, dzięki czemu można jeszcze określić miejsce ostatniego spoczynku wielu pokoleń wschowskich Żydów.
Najtrudniejszym orzechem do zgryzienia dla ówczesnych władz, było rozwiązanie problemu słynnego cmentarza staromiejskiego gminy ewangelickiej, założonego w 1609 r. Zdawano sobie sprawę z unikalnej wartości historycznej i artystycznej obiektu, jednakże to ważne świadectwo przeszłości miasta było w istniejącym kształcie nie do przyjęcia; wywoływało niepokój, rodziło zbyt wiele kłopotliwych pytań. Początkowo władze miejskie chciały przekształcić cmentarz na ogródki jordanowskie. Potem, dzięki Bogu, zarzucono ten niefortunny pomysł, decydując się przeznaczyć część obiektu na zieleniec, natomiast resztę, po odpowiednich zabiegach "konserwatorskich", zachować jako wzorcowe muzeum rzeźby nagrobnej. Tak doszło do słynnej już dzisiaj "sanacji" obiektu. W ramach tej bezprecedensowej akcji konserwatorskiej urządzono cmentarzowi pogrzeb. Dosłownie! Usunięto z powierzchni pola cmentarnego prawie wszystkie nagrobki wolnostojące, uznając je za bezwartościowe artystycznie i historycznie (cenzurą czasową był rok 1850); następnie pochowano je w kryptach grobowych. Groby splantowano, krypty zamurowano. Aby wypełnić powstałą pustkę zwieziono z okolicznych zdewastowanych cmentarzy protestanckich kilkadziesiąt pomników, których wartość artystyczna autorowi koncepcji "lapidarium" wydawała się znacznie wyższa od usuniętych. Przy okazji tych akcji "importowych" zniszczono cenny kirchof w Szlichtyngowej liczący tyle samo lat, co powstałe w pierwszej połowie XVII w. miasteczko.
Jeśli rzeczywiście alternatywą dla wschowskiej nekropoli staromiejskiej były ogródki jordanowskie, to może nie było największym złem, to co z nią ostatecznie zrobiono, niemniej prawdą jest, że przy pomocy kilofa, łopaty i ciągnika przeprowadzono konserwatorską "rewaloryzację" niszcząc bezpowrotnie skomplikowana strukturę unikalnego XVII wiecznego cmentarza - kamiennej kroniki miasta.


Fot. Andrzej Przewoźny


Założony w 1609 r. staromiejski cmentarz protestancki we Wschowie jest najstarszą nekropolą chrześcijańską w Polsce położoną poza murami miasta (extra muros). Wyłączając średniowieczne, włoskie Campo Santo, jest wschowski kirchof jednym z pierwszych tego rodzaju obiektów w Europie.
Począwszy od V wieku zmarłych grzebano w pobliżu kościołów i w samych kościołach, lub w budowanych specjalnie w tym celu kaplicach. Powszechne było przekonanie, że znajdujące się tam szczątki świętych męczenników, mających z góry zapewnione klucze do raju, oddziaływują zbawiennie na dalsze, pozaziemskie losy zwykłych śmiertelników. Towarzystwo świętych oraz bliskość domu bożego - kościoła, miało być najlepszą gwarancją zmartwychwstania w momencie Sądu Ostatecznego. Umarli zostali wprowadzeni do miast, do ludzkich siedzib, przestali budzić lęk i grozę. Doczesne szczątki, uświęcone poprzez fakt złożenia ich w poświęconej ziemi, same stawały się sacrum. Grób - domus stał się również świątynią, świętym miejscem wywołującym nabożne skupienie. Taki stosunek do zwłok był specyficznym rysem średniowiecznego chrześcijaństwa. Śmierć, zwłoki, cmentarz zostały oswojone. Przenikając na co dzień ludzkie życie, stały się mimo swojego sakralnego charakteru, czymś swojskim, pospolitym, często zwyczajnie obojętnym.
Cmentarze średniowieczne nie budziły lęku, były ważną częścią miejskiej przestrzeni i to być może ważniejszą dla żyjących niż dla zmarłych. Były one miejscem żywym, gwarnym; stanowiły wraz z kościołem centrum życia miejskiej społeczności. Często w szczelnie zabudowanym, opasanym murami obronnymi mieście, cmentarz był jedynym, poza rynkiem, większym placem. Pełnił też zwykle z tego powodu rolę publicznego forum - stanowił miejsce spotkań, imprez kulturalnych, transakcji handlowych; odbywały się na nim targi, jarmarki. Prozaiczne potrzeby degradowały go często do roli miejskiego pastwiska; wypasano na nim zwierzęta gospodarskie, młócono zboże, suszono bieliznę. Bywało, że stawał się miejscem schadzek i uprawiania prostytucji. Był tez cmentarz miejscem azylu, gdzie średniowieczne prawo ulegało zawieszeniu. W związku z tym stawał się czasową lub nawet stałą siedziba dla różnego rodzaju przestępców. Prawo azylu w kościele i na cmentarzu, który był jego częścią przetrwało znacznie dłużej, o czym świadczą zapiski na ten temat w kronice wschowskiego klasztoru: "Tego roku [1739] 29 listopada uczeń Jan Wąsowicz, rozgoryczony za upomnienia swojego prefekta i profesora o. Jezuity, w gospodzie niedaleko naszego kościoła lekkomyślnie i zuchwale napadł na o. Michała Grygiera, prefekta uczniów i niegodziwie go zabił, tak że za kwadrans o. Prefekt życie zakończył. Po tej ohydnej zbrodni zabójca kapłana uciekł przez kościół do naszego konwentu, gdzie przebywał ok. 2 dni i uciekł przez płot nocą, chociaż straże miejskie krążyły wokół klasztoru, aby go schwytać". Prawo to było rygorystycznie przestrzegane, a jego złamanie surowo karane o czym świadczy inna notka w kronice klasztornej, opisująca sąd nad strażnikiem miejskim i jego żoną, którzy usiłowali wyciągnąć z przykościelnego cmentarza chłopca zbiegłego z więzienia.


Fot. Andrzej Przewoźny



Miejskie cmentarze przykościelne odgradzano zazwyczaj murem płotem lub rowem. Zmarłych grzebano bądź w grobach indywidualnych, jeśli rodzinę stać było na wykupienie miejsca, bądź we wspólnych mogiłach, którymi były wielkie doły zwane pożeraczami ciał. Groby rozmieszczano bez żadnego planu, chaotycznie, nie oznaczały ich zazwyczaj żadne trwałe elementy architektoniczne; czasem stawiano drewniany krzyż. Zwykle po pewnym czasie rodzina traciła orientację, w którym miejscu znajdował się grób bliskiej osoby. Ponieważ areał cmentarza pozostawał niezmienny, po kilku latach częściowo rozłożone zwłoki wykopywano, by zrobić miejsce dla następnych. Wykopane szczątki składano w specjalnych magazynach cmentarnych zwanych ossariami lub kostnicami. Niektóre z nich zachowały się do dzisiaj. Stosunek do zwłok cechowała w średniowieczu pewna ambiwalencja. Z jednej strony, zgodnie z panującą doktryną uważano ciało za vanitas vanitatum, w konsekwencji czego nie przejawiano większej dbałości o groby, z drugiej jednak strony, powszechna i głęboka wiara w zmartwychwstanie ciał nakazywała traktowanie ich z określoną troską. Ograniczała się ona głównie do zapewnienia denatowi właściwego miejsca pochówku, a więc przy świętych i wokół kościoła - ad sanctos et apud ecclesiam. Istotniejszym problemem dla bliskich był los duszy zmarłego. Uważano za święty obowiązek przyjście jej z pomocą w dostąpieniu zbawienia. W tym celu fundowano pobożne dzieła: msze wieczyste, ołtarze, przeznaczano nieraz pokaźne sumy na cele dobroczynne, zamawiano również epitafia z wyobrażeniem adoracyjnej modlitwy, które sytuowano w ścianie kościoła, lub w murze cmentarnym, jeśli cmentarz był nim ogrodzony.


Bardziej uroczyście traktowane były zwłoki możnych tego świata. Wiązało się to z chęcią podkreślenia pozycji zmarłego i przyczynienia splendoru rodzinie. W takich przypadkach trupa chowano w kościele. Początkowo w ziemi pod posadzką, potem w kryptach grobowych lub specjalnych kaplicach. Przykładem może być pochówek Mikołaja Tarnowieckiego, zmarłego w 1640 r. i pochowanego w kościele klasztornym we Wschowie: " Nie bez większego żalu ubogich zakonników, śmierć, która nikogo nie oszczędza, zabrała ze świata bardzo hojnego i pobożnego ich fundatora, Mikołaja Tarnowieckiego, który z dóbr od Boga otrzymanych, nie połowę lecz cały doczesny majątek rozdając na kult boży, budowę kościołów i jałmużnę dla ubogich, duszę ozdobioną zasługami chrześcijańskiej szczodrości, oddał Bogu, swojemu stwórcy, 2 czerwca, aby otrzymać nagrodę wieczną. W dowód wiecznej wdzięczności w naszym kościele po stronie ewangelii w prezbiterium wśród braci, pochowanemu przyjaciele ufundowali marmurowe mauzoleum".
Średniowieczny zwyczaj chowania zmarłych w kościele, który przetrwał do końca XIX w., stwarzał często poważne problemy natury higienicznej, powodował trudny do wytrzymania smród, który przeszkadzał w odprawianiu nabożeństw. Wspomina o tych uciążliwościach klasztorny kronikarz: " tego roku [1734] 14 lutego zmarł br. Feliks Marten, zakrystian pochowany pod kaplicą św. Krzyża, a nie pod kościołem, gdzie dotychczas chowano ojców i braci, aby uniknąć odoru z piwnicy nie mającej okien do przewietrzenia. Nie lepiej miały się sprawy na przykościelnych cmentarzach. Trupie miazmaty, wyziewy rozkładających się w zbiorowych mogiłach ciał, były normalnym zjawiskiem w miastach do czasu, kiedy wyprowadzono z nich cmentarzy. We Wschowie do cmentarnych zapachów uprzykrzających życie mieszkańcom, dochodziły dodatkowo nieznośne fetory rozchodzące się z jatek miejskich, zgrupowanych obok przykościelnej nekropoli przy uliczce zwanej do dzisiaj Rzeźniczą.
W sposobie ówczesnego myślenia o śmierci i zmarłych, mimo powszechnie panującego poglądu chrześcijańskiego, dostrzec można znacznie starsze motywy. Śmierci nie pojmowano jako nagłej, radykalnej zmiany. Granica między życiem a śmiercią była w rozumieniu ludzi średniowiecza, a także i później, czymś płynnym. Sądzono, że rozkład zwłok w środowisku naturalnym jest rodzajem metapsychozy. Zmarli, jak w poezji Leśmiana ("A wszak ci w trupach taka moc bywa/ Że trup i w grobie wiele przeżywa") nadal żyją tylko w innej formie bytu. Piękny przykład wiary w pozagrobową egzystencję ciała znajdujemy w Dzienniku Sprzedawcy Opłatków: "... zmierzchem w Ogrodzie Rajskim, jeszcze czerwone słońce, pierwszy śnieg tego roku suchego, o czwartej zimą, płatki z manny dla duszy Valeriusa pastora i kubek wody postawiłem, by się wykąpała, na grób, na viridarium lekkośnieżne".


Fot. Andrzej Przewoźny


Każdy cmentarz był brzemienny oczekującymi swego zmartwychwstania istotami. Sądzono dość powszechnie, że nie pozostają one obojętne na to, co dzieje się wśród żywych. Gdy w okresie reformacji po domniemanym spaleniu przez "akatolików", bernardyńskiego kościoła wraz z klasztorem, zakonnicy "strząsając pył z nóg odeszli do innych miejscowości jako ewangeliczni pielgrzymi, zostawiając samą grozę spustoszenia jako świadectwo wiarołomności i przewrotności obywateli Wschowy", wtedy zmarli bracia, którzy pozostali na przyklasztornym cmentarzyku i w podziemiach spalonej świątyni, biorą na niegodziwych heretykach odwet: "W kaplicy św. Anny - która pozostała po pożarze - jak dawna tradycja samych wrogów podawała, nocą dawał się słyszeć śpiew kościelny, wykonywany zwyczajem naszych zakonników, których już przecież nie było, a przez okno można było widywać światło lampy. Bywały nawet procesje zakonników po cmentarzu i to kilka razy. W mieszkaniach heretyków zbudowanych na gruntach klasztornych, zjawiały się postacie zakonników w nocy lub późnym wieczorem. Pewnemu luteraninowi mieszkającemu blisko kaplicy św. Anny, który chełpił się, że nie cofnie się przed postacią mnicha, chyba, że go gwałtem wyniesie z domu, zdarzyło się, że upadł na schodach swego domu i umarł, osiągając skutek swego proroctwa. Niedaremne i celowe miało być to niezwykłe ukazywanie się zmarłych. Zdarzało się na przestrogę potomnych i pamiątkę wielu zakonników, którzy tutaj święcie życie zakończyli".
Stosunek do śmierci i zmarłych był pochodną ogólnej postawy wobec życia, postawy nacechowanej aprobatą losu i natury, charakterystyczną dla kultury chrześcijańskiej w ściśle wyznaczonym okresie historycznym. Zaczyna się ona kształtować już w V w. naszej ery, schyłek przeżywa od momentu reformacji, by zniknąć prawie zupełnie z chwilą powszechnego wyprowadzenia cmentarzy z siedzib ludzkich pod koniec XVIII w. Ten ciekawy proces ewolucji poglądów eschatologicznych i obyczajów sepulkralnych, prześledzić można na przykładzie wschowskiego cmentarza staromiejskiego. Jego losy od samego początku splatają się ściśle z dziejami gminy ewangelickiej i jej świątyni, jednego z najstarszych zborów w Wielkopolsce - słynnego "Kripplein Christi".
Rewolucja religijna wywołana przez Marcina Lutra, zaczęła się szybko rozprzestrzeniać na terenie całej Europy, szczególnie zaś na obszarze krajów niemieckojęzycznych. Rozwinięte stosunki polityczno - handlowe Polski z Zachodem, a także liczne w owym czasie wyjazdy polskiej młodzieży do ośrodków uniwersyteckich Europy, swobodne migracje ludności w strefie granicznej, rozpowszechnienie się druku, wszystko to przyczyniło się do szybkiej ekspansji wywrotowych koncepcji wielkiego reformatora na terenie Rzeczypospolitej, zwłaszcza w miastach zdominowanych przez ludność niemiecką.
Z perspektywy Wschowy tak komentował ten proces kronikarz klasztorny: "Chociaż jeszcze w czasach Zygmunta I Króla z Polskiego Saksonii na te ziemie przedostawała się zatruta herezja Lutra przez rozpowszechnianie książek tego bezbożnego apostaty, przekraczającego prawa boskie i ludzkie (...), to jednak to nieszczęsne zło zaczęło się szerzyć od 1534 r. (...) Również od roku 1554 ta sama klęska nawiedziła Wielkopolskę (...) i do r. 1558 coraz bardziej się szerzyła w całym Królestwie (...) w miastach i miasteczkach, w prywatnych domach szlachty, przyniesiona przez szatana i postęp co sprytniejszych. Wprawdzie wolnym postępowała krokiem ta nieuleczalna i beznadziejna zaraza, lecz na długie lata się usadowiła, olejem prawdziwej mądrości nie zasilana w sercach ludności Wschowy".
Wschowa, miasto polskie i królewskie, ale etnicznie i kulturowo w znacznym stopniu niemieckie, położone w dodatku przy granicy ze zniemczonym Śląskiem, jako jedno z pierwszych prawie w całości przyjęło doktrynę protestancką. Również okoliczna szlachta opowiedziała się po stronie nowej wiary. " Posiedziciele dóbr ziemskich, po większej części protestanci najeżdżali domy współobywateli katolików, odzierali kościoły z ich ozdób i plebanów z ich posad gwałtownie oddalali; kilku nawet duchownych w tym czasie zostało zamordowanych zostało."
W 1552 roku na wakujące miejsce kaznodziei niemieckiego przy kościele parafialnym, rada miasta, przy pełnym wsparciu starosty mateusza Górskiego, powołała pierwszego luterańskiego kaznodzieje - przybyłego z Lwówka Śląskiego, Joachima Weisshaupta. Nie przez wszystkich Wschowian został on przyjęty z otwartymi ramionami. Głównymi oponentami nowej religii i zdeklarowanymi wrogami jej głosicieli byli ojcowie bernardyni, usadowieni w klasztorze za miastem. Z powodu tych "złośliwych mnichów", Weisshauptt był zmuszony zaniechać dalszego krzewienia "przewrotnej nauki akademistów witemberskich: i następnie opuścić miasto.
Prawdziwym twórcą gminy luterańskiej we Wschowie był Andrzej Knobloch, pastor przybyły z Zielonej Góry. Podobnie jak Weisshaupt, naraził się on wielebnym ojcom wschowskiego konwentu. Zaatakowali go bez ogródek, używając przy tym starych, wypróbowanych metod. "Gdy wreszcie wzrosła złość ludzi - pisze nie kryjąc swego gniewu kronikarz klasztorny - a moralność katolików podupadła, kiedy dawnym katolickim zwyczajem w dzień Pański w kościele parafialnym zgromadziło się mnóstwo katolików, a nie było kapłana prawdziwej wiary (...) predykant protestancki Andrzej Knobloch, łotr i złodziej, wszedł do kościoła i podstępną mową i sprytnymi wywodami oczarował magistrat i wszystek lud, nauczając, że lepsze jest codzienne czytanie niż słuchanie Mszy św., bo trąci to bałwochwalstwem. Elita miasta z wielkim mnóstwem ludzi przystąpiła do błędnej nauki Lutra i chętnie ja przyjęła (...) tenże Knobloch - Kościół Matki Bożej zamienił na oborę dla bydła, świątynię św. Walentego przeznaczył na rzeźnię (do ściągania skór z koni i bydła), a kościół św. Wawrzyńca przeznaczył na jatkę, opustoszały kościół św. Mikołaja zostawił bez opieki. Zostały w tabernakulum Hostie, które rzeczony Andrzej Knobloch, fałszywy prorok, nadużywający słowa Bożego sprzedał Żydom przybyłym z Lublina na jarmark na futro".
To domniemane świętokradztwo Knoblocha zostało ostro potępione przez krewkiego gwardiana konwentu, wobec licznie zgromadzonego w kościele klasztornym ludu. Predykant został w nim nazwany "wilkiem gorszym od samego Judasza zdtrajcy", jednakże napastliwe kazanie nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Ostra kampania nienawiści prowadzona przez zacietrzewionych konfratrów, wywołała efekt odwrotny do zamierzonego. Mieszczanie zareagowali wrogością wobec organizatorów nagonki. Aczkolwiek nie ma na to konkretnych dowodów, to jest wysoce prawdopodobne, że dwukrotny pożar, który zniszczył całkowicie kościół i klasztor bernardynów, był agresywna reakcją wschowskiego pospólstwa na kontrreformatorskie poczynania pobożnych braci. Wersję celowego podpalenia (w co zresztą święcie wierzyli sami bracia) uwiarygadnia fakt, że w czasie pożaru zebrany tłum nie tylko, że nie podjął żadnej, zwyczajowo nakazanej akcji gaszenia, ale wobec pojedynczych osób, które próbowały gasić, zajął groźną postawę. "Po spaleniu się klasztoru i kościoła - jak pisze Joneman - zakonnicy żadnego we Wschowie nie mieli miejsca do pomieszkania i (...) od zaciętego ludu ochrony udać się w odległe strony byli znagleni (...)".
Zwycięstwo protestantyzmu we Wschowie było przygniatające. Najstarsza z ocalałych ksiąg kościelnych pozwala oszacować liczebność gminy luterańskiej na 6 tys. osób. Przy starej wierze pozostały jedynie niedobitki. Podobnie wyglądała sytuacja na terenie całej Ziemi Wschowskiej. Zarówno w Lesznie, jak i w Święciechowie, a także we wsiach, absolutną przewagę uzyskali różnowiercy. "Powyżej opisana religii reforma w mieście Wschowie zatem też po najwięcej wsiach tej Ziemi naśladowano, gdzie prawie wszędzie kościoły sprofanowano" - opisuje ówczesna sytuację Joneman.
Pod przewodnictwem światłych pastorów zaczęto realizować ideę "taniego kościoła". Farę rozbudowano i odnowiono. Pobudowano nową, murowaną szkołę parafialną. Pozostałe kościoły i kaplice zlikwidowano (z wyjątkiem kaplicy szpitalnej), same zaś budynki przeznaczono na cele utylitarne, niekiedy drastycznie kontrastujące z dotychczas pełnionymi funkcjami sakralnymi, o czym wspomina z nieukrywana zgrozą i oburzeniem kronikarz braci mniejszych.
Skasowano też bez żadnych zahamowań, jako zbyteczne dla nowej liturgii, cenne naczynia kościelne i inne przedmioty katolickiego kultu. "Leopold Gaudenap i Kaspar Vonde zarażeni błędami Lutra przełożeni wschowskiej mennicy, rozbili skarbiec kościoła parafialnego i zabrali 10 srebrnych kielichów i 7 pacyfikałów, aby je przetopić na denary. (...) Z całego miasta wszystko srebro z kościołów, a więc ponad 40 sztuk naczyń: kielichów, monstrancji, /puszek/ i świętych sukienek ta dzika apostazja pochłonęła nie tylko z nagannej chciwości ile z dzikiej nienawiści do wiary rzymsko - katolickiej" - relacjonuje wydarzenia brat kronikarz.
Zmiana wyznania przez większość mieszczan miała podwójną korzyść - uwalniała od materialnej powinności wobec Kościoła oraz uniezależniała w sensie administracyjnym. Dzięki zaś rozwiązaniu parafii katolickiej wzbogaciła się kasa miejska. Magistrat przejął dochody z folwarku plebańskiego i kapitałów kościelnych. Wschowska gmina protestancka stanowiła całkowicie niezależną organizację religijną, nie podporządkowana żadnej zwierzchności. Okrzepła ona i umocniła swoją pozycję po roku 1598, kiedy pastorem został syn wschowskiego kuśnierza Walery Herberger, człowiek wyjątkowo utalentowany, o iście renesansowych zainteresowaniach i rozległej wiedzy humanistycznej.


Kształcił się początkowo w słynnym kożuchowskim liceum, potem na uczelniach Frankfurtu/O oraz Lipska. Rozliczne umiejętności, odważne i roztropne kierowanie społecznością religijną przyniosły mu uznanie i zjednały zwolenników, z czasem zaś sławę i zaszczytny przydomek "Małego Lutra". Mieli wyznawcy nowej religii we Wschowie dużo szczęścia, że w owym trudnym czasie (kontrreformacja) stanął na ich czele przywódca o tak nieprzeciętnych zaletach. Herberger był nie tylko wytrawnym teologiem, poetą, znawcą literatury starożytnej, polihistorem, porywającym kaznodzieją, ale i doskonałym organizatorem, człowiekiem czynu, zdecydowanie i śmiało podejmującym nieraz dramatycznie trudne decyzje. Jego przywództwo przypadło w okresie nasilenia się reakcji katolickiej. Lata tolerancji sprzyjającej swobodnemu rozprzestrzenianiu się reformacji należały do przeszłości. Z chwilą objęcia tronu przez ultrakatolickiego władcę - Zygmunta III Wazę, rozpoczęła się kontrofensywa kościoła katolickiego. Nowy monarcha zdecydowanie poparł roszczenia kleru do przejętego przez różnowierców majątku Kościoła. Pojawiły się pierwsze nakazy zwrotu budynków kościelnych. W latach 90 -tych katolicy odzyskali kościoły w Gdańsku, Malborku i Grudziądzu.
We Wschowie znacznie wcześniej podjęto próby odebrania luteranom dóbr kościelnych. Już w 1577 r. Stefan Batory zaprezentował na wakujące od lat 50 - tych probostwo wschowskie Macieja Grzembskiego. Jednocześnie nakazał władzom miasta zwrócić zagarnięte uposażenie plebanii. Kiedy interwencja królewska nie wywołała pożądanego skutku, król ponowił 3 października swój nakaz. Zagrożeni utratą świątyni wschowscy protestanci wysłali poselstwo do monarchy i podczas audiencji udało się im zmienić decyzje królewską. Delegacja powróciła z Krakowa z gwarancjami swoich praw do miejskiego kościoła.
Realizowana przez Zygmunta III polityka ograniczania swobód religijnych, spowodowała nasilenie starań strony katolickiej o odzyskanie spornej świątyni. Wspomniany pleban Grzembski pełniący dotąd swe funkcje jedynie tytularnie, za co zresztą brał od miasta wcale nie małą pensję, wygrał batalię o kościół, uzyskując dnia 1 grudnia 1603 r. królewski nakaz zobowiązujący władze miasta do wydania w przeciągu 12 tygodni świątyni wraz z uposażeniem. W wyznaczonym terminie rada nie oddała budynku. Na znak protestu zerwano mandaty królewskiej przybite do bram kościelnych. Podjęto szeroko zakrojona próbę cofnięcia królewskich decyzji. Przekupiono głównego, obok plebana, przeciwnika, starostę Stefana Kiełczewskiego, wysłano dwukrotnie poselstwo do króla, zabiegano o pomoc biskupa poznańskiego. Wszystko to jednak okazało się daremne. Powołana przez króla, złożona z samych katolików komisja nie uchwaliła niczego, co mogłoby wpłynąć na zmianę decyzji królewskiej. Jedyny profit, jaki uzyskała rada miasta z działalności komisji, to uwolnienie od zarzutu buntu wobec władzy monarszej, o co była wcześniej oskarżana. Ugoda podpisana przez miasto i komisję przesądziła ostatecznie, że fara przeszła z powrotem na własność kościoła katolickiego.
Uprzedzając niekorzystne dla siebie zakończenie procesu rewindykacyjnego, rada postanowiła wykupić dwa domy mieszkalne znajdujące się przy Bramie Polskiej, z przeznaczeniem na przyszły budynek zboru. Pieniądze na ten cel uzyskano z dobrowolnych składek zebranych od mieszczan. Obawiając się odmowy, rada przezornie nie wystąpiła do króla z prośba o wyrażenie zgody na budowę zboru. Jak się okazało w przyszłości, postąpiła słusznie.


Fot. Andrzej Przewoźny Kripplein Christi AD 2004 r.

Fot. Andrzej Przewoźny Wnętrze Kripplein Christi AD 2004 r.

Fot. Andrzej Przewoźny Prace archeologiczne w zborze (rok 2004)

Fot. Andrzej Przewoźny Prace archeologiczne w zborze (rok 2005)


Wykupione domy w krótkim czasie przekształcono w nową świątynię. W 1604 r., w wigilię Bożego Narodzenia, w niewykończonym jeszcze budynku odbyło się po raz pierwszy nabożeństwo. Na pamiątkę tego dnia nadano świątyni nazwę Żłóbka Chrystusa (Kripplein Christi), stąd potem krypla - gwarowa nazwa zboru, jaka się przyjęła na terenie Wielkopolski.


Fot. Marek Chwistek Wnętrze świątyni Żłóbka Jezusa - widok dzisiejszy



Zdjęcie archiwalne Kripplein Christi z końca XIX w. - reprodukcja Marek Chwistek



Wnętrze zboru z amboną - reprodukcja Marek Chwistek



Wnętrze zboru - reprodukcja Marek Chwistek



Organy na zachodniej emporze zboru - reprodukcja Marek Chwistek


Wnętrze zboru - fot. Marek Chwistek


Kapitel jednej z drewnianych kolumn - fot. Marek Chwistek



Oddanie fary nie odbyło się jednak bez oporów. Sfrustrowane niekorzystnym obrotem sprawy pospólstwo, rozładowało swe niezadowolenie wybijając szyby w oknach kościelnego budynku, zniszczyło organy, rozwaliło zamki w drzwiach. Do odebranego kościoła wpędziło stado świń, przy okazji poturbowało dotkliwie wikarego. Atmosfera wrogości zagęściła się tak bardzo, że luteranie zaczęli się obawiać o swój świeżo erygowany zbór.
Napięta atmosferę dodatkowo jeszcze pogorszyły konflikty powstające wokół jedynego w tym czasie cmentarza, znajdującego się przy katolickiej farze. Ponieważ inne kościoły zostały bądź zniszczone bądź zamienione na obiekty praktycznej użyteczności, przestały zapewne funkcjonować położone wokół nich cmentarze. Z tego też powodu zarówno katolicy, jak i protestanci zmuszeni byli grzebać swoich zmarłych na tym samym miejscu. Choć gmina protestancka miała już swój kościół, to ze względu na zwartą zabudowę i krępujący niezmiennie mur obronny, nie można było wygospodarować wolnej przestrzeni pod założenie nowego, tradycyjnie przykościelnego cmentarza.
W miarę narastania konfliktów spowodowanych istnieniem wspólnej nekropoli dla całej, podzielonej religijnie społeczności miejskiej, zaczęto zastanawiać się nad wytyczeniem nowego cmentarza poza murami miasta. Była to koncepcja całkowicie nowatorska, od niepamiętnych czasów obowiązywała przecież zasada grzebania zmarłych przy świętych i wokół kościoła. Obyczaj ten był tak zakorzeniony w ówczesnej mentalności, że nieraz aby założyć cmentarz, budowano nowy kościół. Za miastem lokowano jedynie cmentarze żydowskie, epidemiczne oraz takie, które służyły za miejsce pochówku dla społecznych pariasów. Do tej kategorii należały również cmentarze dla tych, co "umarli w butach" czyli nekropole bitewne.
Wschowa była w tamtym czasie jednym z bardziej zamożnych ośrodków miejskich w Rzeczypospolitej, jednakże powierzchnia, na której założono miasto była wyjątkowo mała. Lokatora zawiodła niestety wyobraźnia - nie przewidział szybkiego rozwoju Wschowy. W krótkim czasie zaprojektowana przestrzeń okazała się zbyt ciasna i miasto zaczęło obrastać jurydykami. Nowy plac cmentarny w szczelnie zabudowanych murach nie wchodził więc w rachubę. Pastor Herberger znał zapewne ideę cmentarzy extra muros, musiał tez wiedzieć, że zyskały one poparcie Lutra. Istniały już wówczas takie protestanckie cmentarze w Niemczech, choćby w Halle czy Salzburgu. Okoliczności ich powstania były podobne jak we Wschowie. Ponadto zaczęto brać pod uwagę względy higieniczne. Coraz częściej kojarzono powstawanie różnych chorób i groźnych epidemii z trupimi wyziewami rozchodzącymi się z miejskich nekropoli.
Kiedy zapadła decyzja o założeniu za miastem nowego cmentarza, powołano specjalną fundację w celu zebrania pieniędzy na realizację tego przedsięwzięcia. Ponieważ zamierzenie to obchodziło wszystkich członków gminy, bez większych kłopotów zebrano potrzebną sumę. Wykupiono za nią grunty znajdujące się na terenie tzw. Przedmieścia Polskiego i tam, w szczerym polu, z dala od miasta, wytyczono granicę nowej nekropoli. W taki sposób powstał pierwszy chrześcijański cmentarz miejski poza murami miasta w tej części Europy - na wschód od Odry.


Fot. Andrzej Przewoźny

Fot. Andrzej Przewoźny


Jako zupełne novum musiał on wzbudzać liczne kontrowersje i trudne do przezwyciężenia opory. Na pewno wielkim problemem był pierwszy pogrzeb. Łatwo sobie wyobrazić niechęć do chowania bliskich z dala od ludzkich siedzib, w szczerym polu, "jak zdechłe psy". Awersję tą musiała żywić przede wszystkim zamożna część mieszczaństwa, przyzwyczajonego do pochówków w kościele. Zapewne, aby przełamać opory obywateli, dobrym przykładem, burmistrz Piotr Deutschlender, sojusznik Herbergera, zdecydował się pochować na nowym cmentarzu zmarłą żonę Małgorzatę. Z okazji tego pogrzebu doszło do uroczystego poświęcenia cmentarza. Odbyło się to dnia 25 lutego 1609 r.
Ostatecznie wszelkie wątpliwości rozwiała zaraza, która nawiedziła miasto w 1609 r., i następnie w 1613 r., zbierając obfite żniwo - 2130 istnień ludzkich. W czasie szalejącej epidemii przestrzeganie przyjętych od wieków zwyczajów pogrzebowych stawało się nieistotne. Ludzi grzebano gdziekolwiek: na podwórkach, w ogrodach; porzucone trupy nieraz walały się po ulicach, stanowiąc żer dla zgłodniałych zwierząt i łatwy łup dla zwyrodniałych rabusiów okradających zwłoki. Potworne miazmaty wydzielane przez rozkładające się zwłoki i strach przez zarażeniem wyganiały żywych w pobliskie lasy. Całe miasto stawało się jednym wielkim cmentarzyskiem.


Fot. Andrzej Przewoźny


Układ przestrzenny i niektóre rozwiązania architektoniczne nowej nekropoli nawiązywały do koncepcji włoskich cmentarzy średniowiecznych, Campo Santo. Nie było to czymś szczególnym; inne powstające wówczas cmentarze protestanckie również naśladowały włoskie wzory. Przykładem może być Campo Santo w Jeleniej Górze, Halle, czy Pirnie pod Dreznem. Także na XVII - wiecznym niewielkim cmentarzu w Kożuchowie można doszukać się włoskiego rodowodu. Kompozycja przestrzenna tego typu cmentarza oparta była w założeniu wirydażowym. Stanowiło je połączenie czworobocznego dziedzińca i ogrodu otoczonego otwierającymi się do wewnątrz krużgankami, w których na wewnętrznej ścianie umieszczano tablice epitafijne.
Pole cmentarne otoczono solidnym murem. Stwarzał on symboliczne asocjacje z murem kościelnym oraz murami miasta. Takie rozwiązanie sematyczne miało zapewne ważne znaczenie psychologiczne, pozwalało bowiem o wiele łatwiej pogodzić się z odejściem od dotychczasowej tradycji; zmarłych wywożono poza mury miasta, ale grzebano w obrębie murów "miasta zmarłych". Wiele wskazuje na to, że tak skomponowany cmentarz symbolizował raczej Niebieskie Jerusalem, będące celem i końcem sprawiedliwego życia, a nie przeciwstawny mu często w ówczesnej symbolice Ogród Rajski, odnoszony zgodnie z Biblią do początków rodzaju ludzkiego. Miasto stanowiło symbol boskiego ładu i porządku. Było miejscem bezpiecznym dla tych, którzy przestrzegali prawa bożego. Do tego miejsca, chronionego przez boską sprawiedliwość prowadzi brama, symbol przejścia z jednej strefy do innej - z życia doczesnego do wiecznego. Tę bramę prowadzącą do prawdziwego życia w niebieskim mieście, może przekroczyć jedynie czlowiek pełen wiary, który za życia stosował się do nauk zawartych w Piśmie św. Wszak Chrystus mówi o sobie:" Jam jest brama, jeśli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony". (J.9.10.)


Płyta epitafijna Samuela Lauterbacha
fot. Andrzej Przewoźny


Ta symbolika przedstawiona jest plastycznie w epitafium znanego wschowskiego pastora i historyka, Samuela Friedricha Lauterbacha.



Samuel Friedrich Lauterbach - portret trumienny

W cyklu czterech emblematów zawarta jest chrześcijańska alegoria losu ludzkiego. Ukazany jest on jako wędrówka rozpoczynająca się i kończąca w boskim mieście, ponadczasowym, wiecznie trwającym Jerusalem. Centralne miejsce tego symbolicznego przedstawienia zajmuje warowny gród z otwartą basztą bramną, którą opuszcza pielgrzym z tobołkiem na plecach.


Fot. Andrzej Przewoźny



W prawej trzyma kostur, w lewej otwartą księgę - Biblię. Napis (lemma) na bordiurze ikony głosi: "terra valle". Na kolejnej ikonie, ten sam wędrowiec przemierza porośnięte jedynie ciernistymi krzakami, wydmowe piaski pustyni; na niebie szaleje burza z piorunami. Brak lemmy, scena jest dostatecznie czytelna, wymowne jest też umieszczenie jej na samym dole płyty. Na ikonie następnego emblematu, z napisem "Te duce non erro", zgarbiony podróżnik z pustym tobołkiem przewieszonym na kiju, trzymając w obu dłoniach Biblię, zmierza z wysiłkiem pod górę. Wreszcie odrzuciwszy pusty worek, symbolizujący marność dóbr doczesnych, dochodzi do kresu pełnej trudu i cierpienia wędrówki. Tym upragnionym celem, który dzięki Świętej Księdze osiąga strudzony wędrowiec jest grodowe miasto niebieskie w obłokach: "Coellum salve". Otwarta brama baszty zaprasza do wnętrza. Kończy się pielgrzymka, koniec staje się początkiem, początek końcem. Odwieczny wąż Ouroburus gryzie własny ogień.
Ponieważ znaczenie symboliczne miasta, w niektórych kontekstach stawało się tożsame z symbolika świątyni, można przyjąć, że mur cmentarny utożsamiano zarówno z murem miejskim, jak i kościelnym. Takie symboliczne przeniesienie spowodowało, że mury cmentarza zarezerwowane były dla możnych obywateli civitas. Umieszczano na nich, podobnie jak na ścianach świątyni, kamienne tablice epitafijne członków miejskiej elity: burmistrzów, kasztelanów, dostojnych rajców, miejskich jurystów, wielebnych pastorów, medyków, scholarów, wodzących rej w mieście kupców oraz dumnych ze swego rzemiosła mistrzów cechowych. Wielu z nich posiadało staranne wykształcenie, studiowało w słynnej frankfurckiej Viadrina lub podejmowało podróże w celach naukowych do miast niemieckich, holenderskich, francuskich, włoskich. Obywatelstwo pośledniejszego sortu (plebs) znajdowało dla siebie miejsce wiecznego spoczynku w dołach zbiorowych mogił zwanych pożeraczami ciał. Pochłaniały one zarówno doczesne szczątki, jak i wszelką indywidualna pamięć.
Cmentarz wschowski posiada skomplikowaną strukturę semantyczną, elementami której są nie tylko dzieła plastyczne i architektura, lecz również roślinność. Na samym środku Campo Santo znajduje się grób słynnego (orbi notus) pastora, Walerego Herbergera i nie jest to wcale miejsce przypadkowe; posiada ono ważne znaczenie symboliczne. Centralnym punktem miasta chrześcijańskiego był Dom Boży - świątynia, w niej zaś ołtarz, miejsce Najwyższej Ofiary. W zborze, po odrzuceniu przez protestantów liturgii katolickiej, najważniejszym punktem sakralnej przestrzeni była ambona, miejsce z którego magister głosił wiernym objawione w Biblii boskie prawdy. Na wschowskim Kirchofie ten element rzeczywistości semantycznej miasta i kościoła znajduje swe wyraźne odbicie. W centrum pola cmentarnego stoi tzw. Kapliczka Pastorów, a tuż obok rośnie prastare drzewo, Lipa Herbergera (Herberger - Linden), posadzona w chwili pogrzebu na grobie "Małego Lutra".


Fot. Andrzej Przewoźny


Jak głosi miejscowa legenda, posadzono ją do góry korzeniami, co miało podwójne, symboliczne znaczenie. Z jednej strony obrazowało wyjątkowe nowatorstwo pastora, jego wywrotowy charakter, z drugiej , mogło oznaczać, że ziemskiej dzieła Herbergera, owoce jego twórczego życia brały się z Łaski Bożej; korzenie wydającego na ziemi plon drzewa czerpią swą moc z nieba. Ta ostatnia interpretacja koresponduje z biblijnym wersetem, jaki kazał wyryć sławny pastor na swoim epitafium: "Cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie" (Łuk. 10:20). Nieprzypadkowo też wybrano lipę, którą z dawien dawna uważano za ucieleśnienie centrum społeczności, a także budowli rozmaitego rodzaju (lipa sądowa, cmentarna, studzienna, wioskowa). Interesujące z punktu widzenia semantyki jest to, że lipa Herbergera tworzy tzw. biogroupę "jest drzewem trójpiennym. Trójka jest liczbą najświętszą. Trójjedność symbolizuje największą z prawd chrześcijaństwa - tajemnicę Trójcy Świętej. Przy okazji warto wskazać na pewien fakt botaniczny. Otóż lipa jest drzewem posiadającym zdolność do ciągłego odradzania się dzięki tzw. pączkom śpiącym. Teoretycznie jest to więc drzewo nieśmiertelne. Trudno dziś bez szczegółowych badań dendrologicznych określić wiek otoczonego czcią drzewa. Uwzględniając ponadprzeciętną żywotność okazów rosnących w biogrupach, możni uznać, że jest to rzeczywiste egzemplarz drzewa posadzony na ciebie pastora w chwili pogrzebu, a więc 18.05.1628 r. Jednak równie dobrze, może to być drzewo pozostałe jako odrost z pączków śpiących obumarłego wcześniej okazu. Byłby to żywy symbol zmartwychwstania, wiecznego odradzania się życia, piękny emblemat, potwierdzający niezachwianą wiarę słynnego pastora w nieśmiertelność. Zgodnie z prastarymi wierzeniami, Herberger żyje do dziś w zmienionej postaci (metapsychoza) w drzewie, które korzeniami czerpie soki z jego mogiły.
Wyprowadzenia cmentarza za miasto nie pociągnęło za sobą w sposób mechaniczny nagłej zmiany w mentalności mieszkańców. Nadal był czynny cmentarz przy farze. Poza tym Wschowa była miastem niewielkim, kontakt ze zmarłym nie kończył się na uroczystościach w kościele. Tutaj przyjął się zwyczaj, że po egzekwiach odprawianych w świątyni, przed złożeniem zmarłego do grobu, obwożono go w ostatniej pożegnalnej podróży po całym mieście. Mimo wymuszonej przez życie zmiany odwiecznego obyczaju, ludzie żyli jak dawniej, więc i śmierć pozostała nadal pełnoprawnym obywatelem miejskiej wspólnoty. Jednakże zauważyć można powolne narastanie dystansu wobec śmierci. Stopniowo przestała być czymś powszednim, zwykłym. Stała się, jak widać to na epitafiach, intelektualnym problemem, zagadnieniem teologicznym o kluczowym znaczeniu.
Artystycznie wykonane tablice epitafijne zaczęły pełnić funkcje eschatologicznych traktatów, angażujących intelekt i wyobraźnię przechodnia. Blisko 200 XVII i XVIII-wiecznych kamiennych epitafiów osadzono w murze cmentarnym w ambitach i kaplicach, stanowi najważniejszą część wschowskiego kirchofu. Stosunkowo dobrze zachowane, są trudnym do przecenienia skarbem dziedzictwa kulturowego nie tylko dla Wschowy. W tej kamiennej księdze zawarte jest wielkie bogactwo informacji o dziejach miasta i losach jego mieszkańców.
Kamienie epitafijne realizują podwójny cel: kommemoratywny i moralizatorski. W swej warstwie inskrypcyjnej służą upamiętnieniu osoby zmarłego, opisują najważniejsze fakty z jego życia: daty urodzin i śmierci, małżeństwa, -koligacje rodzinne, zdobyte wykształcenie, uprawianą profesję, ważniejsze podróże, nie rzadko też ukazują malowany lub rzeźbiony portret zmarłego. Bywa. że przedstawiają w barokowy, rozwlekły sposób cały życiorys: młodość, wychowanie, lata dojrzałe, cechy charakteru, zasługi i dokonania, podają imiona rodziców, małżonków, dzieci a nawet wnuków. W relacjach pisanych kwiecistym, napuszonym stylem, można znaleźć fragmenty żywe, przesycone uczuciem. Z reguły autorami tych napisów lub całych epitafiów byli ich "bohaterowie". To oni, często na długo przed śmiercią, obmyślali treść i kompozycję ostatniej, pośmiertnej, publicznej wypowiedzi.
Inskrypcje pisane są w większości w języku niemieckim, lecz sporo jest równie łacińskich, głównie z pierwszej połowy XVII w. Wprowadzenia i zakończenia są różnorodne np.: "Hier erwartet der fröhlichen Aufferstehung" (Tu oczekuje radosnego zmartwychwstania). Często napis adresowany jest do przechodnia, np.: "Siehe mich nicht an werter Leser ohne Betrübnis und naße Augen" (Nie spoglądaj na mnie, drogi czytelniku, bez żalu i płaczu) Czasami dowiadujemy się czegoś o fundatorze nagrobka lub autorze inskrypcji: "Unsterhliche Sterblichkeit setze aus unsterblicher Liebe der Hoch Edle Herr Hr. - Andreas Renffel Seiner sich nach dem Tode unsterblich gemachten Fr. Eh. Gemahlin" (Nieśmiertelna śmiertelność, z nieśmiertelnej miłości stawia to wielce szlachetny pan Andreas Renfftel swej małżonce).


Sarkofag Doroty Kaldenbahin
Fot. Andrzej Przewoźny


Bywa, że przez konwencjonalną poetykę przebija ukryty dramat śmierci, jak to ma miejsce w przypadku inskrypcji na jedynym znajdującym się na wschowskim kirchofie sarkofagu. Napis brzmi: "Tu spoczywa skarb rodziców, miłość rodzeństwa, rozkosz dla oczu najukochańszych osób, pani Dorothea Kaldenbahin, z domu Teupitzin. 9 grudnia 1655 przyszła na ten świat we Wschowie, dobrze wychowana. W błogosławionym stanie małżeńskim przeżyła 42 tygodnie, żyjąc po chrześcijańsku, 29 lipca wszakże roku 1673 po ozdrowiemu jej młodej córki w swym młodym ale chwalebnym wieku lat 17 mocą woli bożej spokojnie i szczęśliwie zmarła i pochowana została. Drogi czytelniku, uczcij ten popiół zmarłego ciała i gotuj się do śmierci". Dalej w osobnym wierszu: "Nie opłakujcie ciała, które przemija / Zważcie iż wy także / Szczęśliwy, kto z Bugiem po śmierci swej powstaje /Ten wiecznością rozkoszować się będzie /w raju".
Poza upamiętniającą osobę zmarłego inskrypcją, znaczna liczba epitafiów posiada przedstawienia emblematyczne, mające charakter dydaktyczno- moralizatorski. Symboliczne obrazy miały apelować do żywych, przypominając im o znikomości życia doczesnego, które powinno być przygotowaniem do świata eschatologii, zwracały uwagę na najistotniejsze prawdy religijne, nawoływały do praktykowania cnót chrześcijańskich, wzmagały wiarę we wszechmoc Łaski Bożej, wreszcie pocieszały wizją wiecznego żywota. Emblematy (gr. emblema-ozdoba) stanowiły specyficzny system znaczeniowy, rodzaj uniwersalnego kodu wyrażającego abstrakcyjne treści przy pomocy inskrypcji i środków plastycznych.


Fot. Andrzej Przewoźny


Sztuka emblematyki rozpowszechniona szczególnie w XVI i XVII w., znalazła również szerokie zastosowanie w ikonograficznej praktyce protestanckiej. Na przedstawienie emblematyczne składała się ikona (Sinnbild) i lemma (Wahlspruch); obie współtworzyły symboliczną fabułę, którą opisywał i wyjaśniał stosowny epigram. Emblematy na epitafiach umieszczano zwykle na narożach płyt, czasem nad lub pod bordiurą inskrypcyjną. Częścią układu emblematycznego, złożonego nieraz z kilku elementów bywały także alegoryczne postacie flankujące boki płyty. Przedstawienia symboliczne na kamieniach wschowskiego cmentarza są różnorodne, mimo że pewne motywy wielokrotnie się powtarzają. Niektóre z nich bywają skomplikowane i zagadkowe, trudne do odczytania zgodnego z intencją autora. Pełne ich zrozumienie wymaga niekiedy od odbiorcy znacznej wiedzy humanistycznej i hermeneutycznej intuicji. Część epitafiów, poza swą czysto semantyczną wymową, oddziaływuje również na emocje widza przy pomocy ekspresyjnej formy wanitatywnych wyobrażeń, które nie tylko pouczają, lecz także poruszają. Te nieraz makabryczne, typowo barokowe obrazy wywołują u widza uczucie grozy, bądź przerażenia. Kamienne płyty były niegdyś polichromowane, co potęgowało jeszcze ich silę oddziaływania, zwłaszcza na ówczesnych ludzi, poruszających się w nieporównywalnie uboższej ilościowo ikonosferze, przez co o wiele bardziej na nią wrażliwych.


Epitafium Mateusza Lamprechta
Fot. Andrzej Przewoźny


Ciekawym przykładem zastosowania emblematyki w sztuce sepulkralnej jest epitafium Mateusza Lamprechta. Był on członkiem zamożnej, zasłużonej dla miasta rodziny, która na cmentarzu posiada osobne obejście z kolekcją 17 barokowych płyt reprezentujących wysoki poziom sztuki kamieniarskiej. Mateusz Lamprecht był barwną postacią. Studiował różne nauki, przede wszystkim filozofię i medycynę. Ówczesny lekarz prócz wiedzy i umiejętności niezbędnych do wykonywania zawodu, musiał także osiągnąć mądrość. Lamprecht wiele podróżował. Zwiedził prawie całą Europę; był w Batawii, czyli obecnej Holandii, Anglii, Galii, by po latach jak informuje inskrypcja, powrócić do Wschowy. Interesujące, że w epitafijnej biografii tego XVlI-wiecznego obieżyświata pominięto, jako nieistotne szczegóły, daty jego urodzin i śmierci. Emblematy charakteryzują zmarłego w dwóch aspektach, jako lekarza i filozofa. Po bokach płaszczyzny inskrypcyjnej stoją na konsolkach dwie postacie, personifikacje obu profesji. Z lewej strony jest to dostojny brodaty starzec ubrany w purpurowy kontusz w żółtej czapie na głowie. Trzyma on w jednej ręce laskę Asklepiosa - atrybut lekarza, w drugiej zaś więdnący kwiat symbolizujący chorobę i przemijanie. U stóp mężczyzny leży jeleń, symbol długowieczności, nieśmiertelności, zdolności do wiecznego odradzania się; oznacza on także gotowość niesienia pomocy i walki z ciemnymi siłami. Nad głową starca znajduje się emblemat z napisem "Experientia" (doświadczenie), pod stopami napis "Artem inchoawit", co w połączeniu można odczytać następująco: doświadczenie daje początek wszelkiej sztuce. W górnym lewym rogu płyty znajduje się emblemat z ikoną przedstawiającą sekcję zwłok; na stole leży trup z rozprutym brzuchem, z którego wylewają się wnętrzności.


Fot. Andrzej Przewoźny


Na niebie zwały chmur, przez które przebijają się promienie słoneczne. Napis głosi: "Anatome oculus medicine" - anatomia (sekcja) światłem (okiem) medycyny. W dolnym lewym rogu płyty pomieszczono emblemat z ikoną przedstawiającą trupią- czaszkę. Znajduje się ona pod powierzchnią ziemi. Z wierzchołka czaszki wyrastają na kształt korony kłosy zbożowe. W otoku widnieje napis "Caro in spe" (ciało w nadziei). Wiek mężczyzny świadczy o jego wiedzy i mądrości. Purpura szaty (kolor zachował się dziękiwyjątkowej trwałości barwnika uzyskiwanego ze ślimaków szkarłatników) jest symbolem życia, gdyż przypomina życiodajną krew. Żółć (kolor żółty zachował się podobnie jak purpurowy, dzięki trwałości użytego barwnika, w tym przypadku szafranu, substancji uzyskiwanej ze słupków kwiatowych krokusów), analogicznie jak złoto, oznacza światło poznania, jako kolor dojrzałego zboża symbolizuje również rozsądek dojrzałego wiek. Powyższy, lewostronny układ emblematyczny odczytać można w następujący sposób: powołaniem lekarza jest pomagać bliźniemu przywracając mu zagrożone zdrowie. Podobnie jak jeleń, który uważany był za wroga i tępiciela jadowitych węży, lekarz nie zważając na niebezpieczeństwa związane z wykonywaniem zawodu, ma obowiązek walczyć ze złymi mocami wywołującymi choroby i śmierć. Aby osiągnąć potrzebną do tego wiedzę i mądrość winien on eksperymentować; podstawą wykształcenia każdego medyka jest empiryczna anatomia. Należy tedy odrzucić dotychczasowe zakazy i przesądy i poznawać doświadczalnie tajemnice ludzkiego ciała, decydując się na sekcję zwłok. Anatom nie powinien mieć większych zahamowań, ponieważ pozbawione nieśmiertelnej duszy zwłoki są marnością. Bezlitośnie palące słońce i susza szybko niszczą grzeszną ludzką powlokę jednocześnie zbawiając duszę (obelisk). W ikonie tej uwidacznia się ostra opozycja pomiędzy znikomością i marnością ciała a niezniszczalnością i chwałą duszy ludzkiej. Kontrast ten został osiągnięty przez zestawienie doskonałej, pionowo ustawionej figury geometrycznej, sporządzonej z kamienia (synonimu niezniszczalności) z poziomo ułożonym, miękkim, tracącym formę trupem. Skoro pustynia szybko pożarłaby zwłoki, można bez żadnej szkody dla nieśmiertelnej duszy dokonywać na nich eksperymentów medycznych. Ciało choć ulega rozpadowi może mieć nadzieję na zmartwychwstanie w Dzień Sądu. Po prawej strome naprzeciw starca stoi na konsoli kobieta będąca uosobieniem rozumu. Personifikuje ona drugie zajęcie Lamprechta - filozofię. W prawej ręce trzyma wagę, symbol dialektyki (jednej z siedmiu sztuk wyzwolonych), odmierzającą prawdę i fałsz. W drugiej ręce dzierży zapaloną pochodnię, oznaczającą światło boskiej mądrości rozpraszającej mroki ludzkiej niewiedzy. Nad głową kobiety napis: "Ratio", rozum, wiedza teoretyczna. Pod jej stopami drugi napis: "Faccem alluet", co razem daje epigram - rozum zapala światło pochodni. W górnym prawym rogu znajduje się emblemat z ikoną przedstawiającą pustynię. Była ona pojmowana w ówczesnej symbolice jako dziedzina słońca nie tworzącego życia, ale występującego jako czyste niebiańskie promieniowanie symbolizujące wiecznego ducha.
Na piaskach pustyni stoi obelisk sięgający wierzchołkiem nieba. Oznacza on zmaterializowane promienie boskiej mądrości- W głębi na jednej nodze stoi bocian - symbol kontemplacji i filozoficznych rozważań. Napis na kartuszu głosi: "Deo duce comite labore" (Bóg towarzyszy i przewodzi wysiłkowi). W dolnym prawym rogu umieszczono popularny symbol wanitatywny, skrzyżowane piszczele, nad nim widnieje napis "memento leti" (pamiętaj o śmierci).
Wymowa tego układu emblematycznego jest dość oczywista. Obowiązkiem każdego filozofa jest dążenie do prawdy, zaś właściwą drogą poznania jest dialektyka. Stanowi ona umiejętność pozwalającą odróżnić prawdę od fałszu (waga). Filozof, podobnie jak bocian, "czyściświat", tępiący wszelkie podziemne robactwo powinien zwalczać powstające w ciemnościach nieoświeconych umysłów kłamstwo i zabobon. Warunkiem koniecznym osiągnięcia prawdy jest dotarcie do pustyni, pustki w sobie samym, do najgłębszych pokładów ludzkiej duszy, gdzie nie ma nic prócz Boga. W tym wysiłku możemy liczyć na boskie przewodnictwo i pomoc. Poszukując prawdy należy pamiętać o znikomości życia. Dla mędrca powinno być ono jedynie przygotowaniem do śmierci, gdyż celem i sensem ludzkiego losu jest połączyć się z Bogiem. Oba pionowe układy emblematyczne u góry łączy zniszczony obecnie, portret Lamprechta, na dole zaś wiąże je kartusz z następującą sentencją: "In Spe Caro rapta Qviescit inqve Spectabo Cupitum", co można przetłumaczyć: ciało zabrane (przez śmierć) spoczywa pełne nadziei na przyjście upragnionego (Pana).
Stopniowo, wraz z przybywaniem nowych tablic epitafijnych, stawał się cmentarz coraz bogatszą księgą "Ars Moriendi", publicznym podręcznikiem uczącym ludzi prawd ostatecznych.


Fot. Andrzej Przewoźny


Pomagając przygotować się do śmierci, najważniejszego momentu życia, pouczała ona jednocześnie jak dobrze i sprawiedliwie żyć. Język alegorycznych obrazów i symboli był uniwersalnym kodem zrozumiałym dla wszystkich. Tylko przy jego pomocy można było wyrazić to, co wymykało się opisowi dyskursywnemu. Na cmentarnych kamieniach pełno jest różnych symboli odnoszących się do odwiecznych prawd bytu ludzkiego. Lecące w stronę słońca na ptasich skrzydłach serca, latarnie morskie pośród wzburzonych fal, aniołki wypuszczające bańki mydlane, amorek zdejmujący zużytą koszulę, jak dusza śmiertelnie chore ciało, retorty alchemiczne mówiące o możliwości całkowitej przemiany, wąż Ouroburus pożerający własny ogon (symbol nieskończoności), złamane drzewo, uschły krzak róży, wazon pełen kwiatów, emblemat cudownej harmonii bytu - wielość w jedności, często pojawia się motyw czaszki zwieńczonej koroną z kłosów zbożowych; są też czaszki z wychodzącymi z oczodołów wężami, kotwice, muszle i wiele innych wyobrażeń symbolicznych, obciążonych bogactwem znaczeń, które niestety wymykają się poznaniu dzisiejszego przechodnia.



Fot. Andrzej Przewoźny

W miarę upływu lat stawał się też wschowski kirchof zapisem dziejów Wschowy galerią przodków, którzy tworzyli jej dzieje. Tą szczególną historię podpisywali prawie wszyscy mieszkańcy. Blisko 20 pokoleń Wschowian urzyźniło swymi ciałami ten kawałek ziemi. Pamięć o tym powinna mieć określone znaczenie dla obecnych obywateli małej wschowskiej ojczyzny. Koleje losu przeszłych pokoleń, ich przekonania, nadzieje, obyczaje, gusty, stosunek do świata, to wszystko trwa odciśnięte w kamiennych tablicach i w dalszym ciągu ma moc przemawiania i wywoływania wzruszeń. Dzięki unwersalizmowi języka archetypów i symboli, pozwala współczesnemu człowiekowi zagubionemu w chaosie szumów informacyjnych, dotrzeć do "najgłębszej rzeczywistości życia i własnej duszy".


Fot. Andrzej Przewoźny


Na wschowskim świętym polu znaleźli miejsce wiecznego spoczynku wszyscy - wielcy, mali, biedni, bogaci; przedstawiciele różnych nacji, wyznań i zawodów. Leżą tu w pokoju pogodzeni sprawiedliwą śmiercią, o której wiedzieli znacznie więcej niż my. Dramat tego symbolicznego skrawka ziemi polega na tym, że na skutek przestrzennego rozwoju miasta znalazł się on wśród społeczności żywych. Powikłane losy historii sprawiły, że z chwilą, gdy przemkną do miasta, został przez nie odrzucony jako coś obcego i wrogiego. Martwi zapłacili wysoką cenę za błędy żywych. Agresja części pokrzywdzonych i zdemoralizowanych przez ostatnią wojnę nowych mieszkańców rozładowała się na tych, którzy pozostali. Rozkopano groby, porozbijano sarkofagi i grobowce, powywracano nagrobki. Przez długi czas, powyciągane i obrabowane przez hieny cmentarne trupy, walały się na porośniętej zdziczałą roślinnością powierzchni zabytkowego cmentarza. Po latach zaczęło się specyficzne oswajanie zrujnowanego kirchofu. Ustronny, otoczony wysokim murem, porośnięty gęstymi krzakami stanowił wymarzoną domenę miejscowych mętów. Kaplice grobowe stały się pijackimi melinami, wnętrza grobowców służyły za kryjówki miejscowym złodziejaszkom, niektóre z nich zaadaptowano na paserskie magazyny. Również liczni swego czasu we Wschowie makowi narkomani znaleźli tu dla siebie wymarzony azyl. Niejedna żelazna makówka, symbol wiecznego snu, zniknęła z secesyjnych kratek grobowych stając się oryginalnym amuletem miłośników "odlotu". Wśród cmentarnych krzaków idea tajemnego związku Erosa i Tanatosa znalazła dość powszechne urzeczywistnienie. Wielu młodych Wschowian właśnie tu zrobiło swój "pierwszy krok w chmurach".


Fot. Bogdan Marciniak


Ten stan trwał prawie 30 lat, do momentu, kiedy pod koniec lat 70-tych zapadła decyzja o utworzeniu z kłopotliwego zabytku wzorcowego Muzeum Rzeźby Nagrobnej, krótko mówiąc - lapidarium. Szumu wokół tego niebywale nowatorskiego pomysłu było co niemiara. Dość szybko wyszło na jaw, że autor tej koncepcji jest kompletnym dyletatnem i tylko swym układom we władzach zawdzięczał otrzymanie tak poważnego zlecenia, jak przeprowadzenie prac rewaloryzacyjnych na wschowskim cmentarzu. Trzyletnia działalność warszawskiego "konserwatora" zrobiła więcej szkód w zabytkowej strukturze zabytku niż 30 lat działalności miejscowych chuliganów. Amatorska próba przekształcenia cennego, historycznego obiektu, niezależnie od intencji pomysłodawcy, okazała się "dramatyczną dewastacją zabytku wysokiej klasy".
Prace "rewaloryzacyjne" mimo ogromnych szkód, jakie spowodowały, nie zniszczyły istotnej materii cmentarza, jaką jest kolekcja blisko 200 XVII i XVIII- wiecznych epitafiów. W dalszym ciągu stanowi ona bezcenną kronikę miasta, zawierającą bogactwo informacji o jego dziejach.
Wschowski cmentarz posiada ważne znaczenie symboliczne dla byłych i obecnych mieszkańców Wschowy. Na polu cmentarnym leżą dziesiątki pokoleń obywateli miasta - twórców jego świetnej przeszłości. Z wypracowanych przez nich w ciągu setek lat wartości materialnych i duchowych korzystają dzisiejsi Wschowianie. Odrzucając nacjonalizm muszą oni przyznać, że nie są bezpośrednimi spadkobiercami tego kulturowego dziedzictwa, l nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia fakt przynależności Wschowy do Polski przez większość lat jej istnienia. Wszyscy obecni mieszkańcy, to powojenni osadnicy, lub ich potomkowie, wszyscy oni uważają Wschowę za swą małą ojczyznę, i są z nią związani emocjonalnie.


Konserwacja jednego z obelisków (Fot. Andrzej Przewoźny)


Jednakże życie ludzkie przebiega nie tylko w czasie teraźniejszym. Im wyższa kultura życia społecznego tym bardziej ważna dla jej uczestnika staje się historia. Mieszkańcy Wschowy i Fraustadt powinni zasypać rów wykopany przez wydarzenia ostatniej wojny w poprzek linii dziejowej miasta. Tylko wtedy, gdy polscy wschowianie podadzą rękę w geście pojednania b. niemieckim mieszkańcom Fraustadt, może zostać przywrócona w sensie symbolicznym i moralnym ciągłość dziejów Wschowy. I tylko wtedy polscy mieszkańcy Wschowy będą mogli poczuć się w pełni prawowitymi spadkobiercami tego wielowiekowego dziedzictwa, jakim jest ich miasto. Natomiast mieszkańcy Fraustadt przyjeżdżając do swego rodzinnego miasta nie będą się tu czuli jak nieproszeni goście, trwożliwie dopatrując się w każdym geście przechodnia ukrytej niechęci czy wrogości. Gest pojednania w stosunku do byłych wschowian obowiązuje również w odniesieniu do tych, którzy leżą na starych wschowskich cmentarzach. To właśnie im zawdzięczamy nasze historyczne dziedzictwo, i jako ich dłużnicy oraz spadkobiercy winniśmy im szacunek i należną opiekę. Póki nie jest za późno.

Pobierz materiały z konferencji PROTESTANCKA PRZESZŁOŚĆ WSCHOWY (Wschowa 23-24 września 2004 r.)